5razones.pl

Listopad 7, 2018 at 10:27 pm

Co dobrego dzieciom robi las? – rozmowa z Anią Andrykowską QNaturze

Co dobrego dzieciom robi las? – rozmowa z Anią Andrykowską QNaturze

Historia moja i Ani zaczyna się hen, aż 5 lat temu… na porodówce. Zuzia, córka Ani jest całe dwie godziny starsza od naszego Franka. Pamiętam te nasze pierwsze chwile w roli mamy, u boku z okruszkiem Franuszkiem, i z Anią, z którą się wspierałyśmy jako debiutantki. Potem na jakiś  czas nasze drogi się rozeszły, by zejść się znowu, jako to w życiu, w lesie, i w Krakowie bywa. Bo w tym mieście każdy ma znajomego, który jest znajomym czyjegoś znajomego. Kolejne wspólne spotkanie miało miejsce w parku, a potem w lesie. Znamienne, że zawsze blisko natury. To na pewno nie przypadek. Bo Anię ciągnie do natury. Razem ze swoim partnerem Maćkiem tworzy projekt QNaturze, i w ramach tego projektu już od kilku lat organizuje półkolonie leśne dla dzieci. Nasz osobisty zuch Franciszek już dwa razy wakacyjnie mierzył się z leśnymi przygodami i spotkaniami, ręka w rękę z Anią i Maćkiem oraz innymi dziećmi.

Zaprosiłam Anię do rozmowy o lesie, jako naturalnej i różnorodnej przestrzeni do rozwoju dzieci. Sami przeczytajcie, co dobrego dzieciom (dorosłym zresztą też) może zrobić las?

Pau. Obserwuję sobie Franka, i różne sytuacje nazwijmy to życiowe, i widzę, co dobrego robi dziecku kontakt z naturą: czy to będzie zwykłe pójście do parku, czy to będzie las, czy totalne odcięcie od cywilizacji, i obserwuję również, co złego dla odmiany robi tzw. wielkomiejski hałas, którego nie da się uniknąć żyjąc w mieście. I pytanie pierwsze, czy jest szansa wychować dzikie dziecko – to jest teraz takie modne sformułowanie #wildchildhood #dzikiedzieci #naturelovers #dzikiedziecko (to są ulubione hashtagi na instagramie w tej kategorii) żyjąc w mieście?

Ania: Po pierwsze szybko mówiąc tak, nie jest to trudne.

Na początek chciałabym podejść do tego określenia dzikie dziecko. Dla mnie to wcale nie jest celem, żeby dziecko było dzikie, to wcale nie o to chodzi w tym kontakcie z naturą. Dla mnie lepszym określeniem jest zharmonizowane dziecko, harmonijne dziecko, to jest nasz cel, i narzędziem do tego celu jest właśnie… las. Nie po to, by dziecko zostało dzikim wojownikiem, tylko po to, żeby miało równowagę dla swojego rozwoju. Las, natura, to jest wielowymiarowe narzędzie. Patrząc od strony rozwojowej, pierwszą perspektywą jest: czego dziecko potrzebuje, i co służy jego rozwojowi, jakie są jego możliwości i potrzeby w tym momencie, gdzie ono jest. Zatem jeśli mówimy o 3, 4, 5 latkach to ich największe potrzeby związane są z rozwojem ruchu, myślenia, rozwojem społecznym, zmysłami oraz zdrowiem. I temu wszystkiemu doskonale sprzyja las: ruch naturalnie, na bazie ruchu i swobody działania jest swobodna zabawa, na podstawie swobodnej zabawy rozwija się myślenie, i tak naprawdę swobodna zabawa jest najważniejszym narzędziem do rozwoju myślenia, bo jest eksploracją, eksperymentowaniem, która jest działalnością naukową! Więc tutaj mali naukowcy to są ludzie, którzy mogą sami eksplorować świat, a eksplorowanie przyrody daje bardzo dużo podstawowych informacji o świecie, związanych z podstawowym rozumieniem świata, takim jak np. doświadczenie przyczyny i skutku. Bo w naturze zaraz jest przyczyna i skutek. Jeżeli popcham kamień z górki, to on spadnie, jeżeli wejdę na drzewo i stanę na cienkiej gałęzi, ona się złamie, więc od razu muszę analizować, i to mnie uczy, że w przyrodzie najpierw muszę pomyśleć, oczywiście mogę tego nie robić. Ale zaraz mam za to rachunek. Rachunek od przyrody.

Kiedyś podczas podróży po Portugalii spotkaliśmy Francuza, starszego już pana, który wiele lat spędził w dżungli amazońskiej, gdzie mieszkał i uczył się od Indian. Pewnego dnia wyruszył z nimi w poszukiwaniu drewna. Stanął przed wielkim drzewem, twierdząc, iż będzie ono idealne dla ich celów. Indianie próbowali odwieść go od idei ścięcia właśnie tego drzewa, ale pewien swoich kompetencji Europejczyk nie dał się przekonać i zabrał się do dzieła. Po kilku uderzeniach drzewo spadło, a wraz z nim cała masa termitów, które boleśnie doświadczyły naszego rozmówcę.
Taka historia o doświadczaniu przyczyny i skutku w naturze 😉

Na bazie swobodnej zabawy, może to być mała grupa, wystarczy nawet dwójka dzieci, dzieją się interakcje społeczne. Kontakt z innymi dziećmi w swobodnej zabawie jest najważniejszym narzędziem do tego, żeby dziecko rozwijało się społecznie. Nie da się tego zrobić w sztucznych warunkach, nie zastąpi tego żaden dorosły najgenialniejszy, najbardziej cudowny, czy też najbardziej zaangażowany, o najszczerszych chęciach i umiejętnościach. Po prostu dziecko musi być z dzieckiem, żeby umiało żyć w grupie, żeby umiało współpracować, żeby umiało zawalczyć, żeby umiało odpuścić, to są te wszystkie ważne kwestie, które później do życia są potrzebne.

Żartuję sobie, że Franek i Tadeusz w kategorii rodzeństwo są dla siebie sparing partnerami, w relacji braterskiej. Nawet o tym ostatnio pisałam u siebie artykuł na blogu, że czasami nie warto wchodzić pomiędzy braci, czy też po prostu rodzeństwo, bo oni muszą nauczyć się radzić sami i najbezpieczniej jak to się dzieje w warunkach domowych.

Tak, dokładnie. Wprawdzie w rodzeństwie nie zawsze są równe siły, bo zawsze musi być ktoś starszy, a ktoś młodszy, no chyba że są bliźniaki. Ale generalnie warto obserwować tę relację, i interakcję i wtedy będzie wiadomo czy już wejść, czy jeszcze nie wejść. W momencie kiedy jest słabszy jeden z uczestników sparingu, trzeba mieć na uwadze, że on może też nie wiedzieć, że może czegoś nie chcieć i po prostu jeśli sprawy zajdą za daleko, to się pokruszy i będzie cierpiał. Więc czasami nie warto czekać do tej przysłowiowej pierwszej krwi…

Właśnie nie czekam, tylko obserwuję, i bywa, że jeden drugiego grzmotnie, i zanim ja w ogóle zdążę dobiec, to oni potrafią się wyzbierać i zaopatrzyć za pomocą buziaka albo poprzytulania się, na zasadzie: jesteś ok, bracie? A czasami faktycznie jest już tak na granicy, i znając ich możliwości i kompetencje w tej kategorii jestem wstanie przewidzieć, w którą stronę się to potoczy.

I to jest właśnie też klucz do bycia z dziećmi, trzeba dobrze je poznać, poznać i wyczuć, kiedy i czego one potrzebują. Bo każdy jest inny i rodzic ma łatwiej, bo jest ze swoimi dziećmi, zna i czuje je od urodzenia, zatem pewne rzeczy potrafi zobaczyć od tyłu, z zamkniętymi oczami, a jak się pracuje z dziećmi, to trzeba poświęcić czas i uwagę, żeby poznać dzieci, poznać każde dziecko w każdej konfiguracji. A dzieci potrafią się bardzo różnie zachowywać, i rożnie sobie radzić w zależności od tego z kim się spotykają, i to jest też magia bycia w grupie, i wartość bycia w grupie rozwojowej, gdzie są dzieci w rożnym wieku, bo wtedy różne cechy są wydobywane, i to świetnie widać, jak nagle do grupy wchodzi trzecie dziecko, albo dziecko które jest mniejsze, drobniejsze…

…pewnie inne dzieci chcą się nim zaopiekować…?

Tak, uruchamiają się instynkty i wyzwalają się opiekuńcze cechy, i ktoś kto np. jest zawsze wodzem, i bardzo chętnie się popcha i przepcha, nagle staje się czułym opiekunem tego malucha.

Doświadczyliśmy tego w przedszkolu Frania, bo Franiu na początku miał zadrę z takim kolegą Piotrkiem: najstarszy chłopiec w grupie, głównodowodzący w przedszkolu, i Franiu bardzo aspirował do bycia dobrym kumplem Piotrka. Ale to Tadziu skradł jego serce. I ten najstarszy, miał potrzebę opiekowania się tym najmłodszym, i to było takie urocze, jak witał się z Tadkiem: o już jesteś Tadziu, i zawsze tak go pilnował, oprowadzał go po przedszkolu, pilnował go w szatni, jak ja ubierałam Frania. To było tak niesamowite, do ostatniego dnia Piotrka, kiedy to rozstawaliśmy się, w sensie Piotruś odchodził z przedszkola, bo już zaczynał szkołę.

W takich sytuacjach właśnie widać pełną paletę barw, i ile możliwości ma dziecko, ile ma potencjału, i równocześnie, ile potrzeb, i trudno sobie wyobrazić, że bycie jednego dziecka w domu jest w stanie im to zapewnić. Nie mówię, że każde dziecko musi chodzić do przedszkola, wcale nie. Ja sama nie chodziłam, i nie uważam, żebym cierpiała z tego powodu. Ale miałam codzienny kontakt z dziećmi, codzienny, swobodny, nie kontrolowany i nie animowany przez dorosłych.

A teraz niestety jest to trudne.

Tak a propo tego miasta to kontynuując rozmowę o dzikich dzieciach, albo używając Twojej nomenklatury, czyli o zharmonizowanych dzieciach, chciałam zapytać o to, czy różnego rodzaju warsztaty rozwojowe, stymulujące, na które jest teraz ogromny szał – gdzie nie zaglądnę, czy to na fb czy na instagramie, to mamy się chwalą, że były na zajęciach sensoplastycznych, umuzykalniających albo ktoś się chwali, że robił sobie ścieżkę imitująca spacer po lesie – czy to jest nam wstanie zastąpić kontakt z naturą, i te eksperymenty w naturze, o których mówiłaś?

To wszystko jest pozbawione jednej podstawowej cechy: mianowicie sensu.

Po co my to robimy, po co my gotujemy ten makaron, po to żeby się w nim wytaplać, a potem go wyrzucić? Czego my się wtedy uczymy o życiu i o świecie?

To, czemu sprzyja bycie w lesie to harmonijny rozwój od strony fizjologii i układu nerwowego. No bo właśnie, jest jeszcze układ nerwowy, i właściwie to on jest na pierwszym miejscu, i to jest pierwsza przyczyna, dla której warto jest dbać o rozwój dziecka w kontakcie z przyrodą. Możliwości układu nerwowego są niestety ograniczone, i skończone jeśli chodzi o tak małe dziecko, on jest jeszcze nie zmielinizowany. To jest cały czas proces: osłona kory mózgowej cały czas rośnie, więc w tym momencie układ nerwowy jest jak gąbka, i chłonie wszystkie wrażenia. Jak idziesz z dzieckiem do supermarketu, to ono zachowuje się jakby w cudzysłowie go ktoś prądem raził, a jak idzie w przyroda to nagle ma cel i sens…

…i się dzieje z nim coś niesamowitego. Przeżyliśmy nie dawno takie prawdziwe odcięcie, jak pojechaliśmy do takiego gospodarstwa agroturystycznego Swystowy Sad, w Beskidzie Niskim. Przepiękne miejsce w starym sadzie. Akurat jak tam przyjechaliśmy nie było żadnych innych dzieci, więc chłopaki mogły być skupione na sobie. Oprócz nas była grupa joginek na warsztatach jogi, gospodarze mają catering wegetariański, mają własne kozy, więc śmialiśmy się z moim mężem, że dobranocka to było oglądanie kóz, jak sobie biegają, to była ulubiona bajka na dobranoc dla chłopaków, i na dzień dobry też. Ale oni tam, tak po prostu zastygali w tej ciszy sadu. Bo jeszcze zaletą tego miejsca jest, że no contact z internetem, nie ma zasięgu, co naszym dzieciom nie robiło różnicy, bo nie korzystają z takich dobrodziejstw, to bardziej dla nas było takie bycie poza tym smogiem internetowym…

…ale to na nich też wpłynęło…

…że byliśmy wyłączeni?

Tak!

Oni już właściwie po godzinie bycia tam byli spokojni. Najpierw obejrzeliśmy cały teren i okazało się, że jest tam naturalny plac zabaw zrobiony, jakaś ławeczka, jakaś stara huśtawka… Ale najlepszą przestrzenią do odkrywania i eksplorowania był taki strumyczek, który tam płynął, i my z tego strumyczka urządziliśmy sobie przeprawę przez dżunglę. Także trochę zieleni, brak właściwie różnych atrakcji w postaci klasycznego placu zabaw (których to takich placów zabaw, to my staramy się unikać) i dzieci w tym okrzepły, nie wiem nawet jakiego czasownika użyć, były takie wyciszone…

…jakby coś z nich zeszło…

…skupione… takie jakby napięcie z nich zeszło, to było również widoczne totalnie w ciele, że byli nieprzestymulowani, wydawało się, że w tej zieleni, w sadzie, jakby byli brakującym puzzlem w tej naturze. I to było niesamowite obserwować ich w tym…

Tylko właśnie, nie można zawsze tak sobie wyjechać, zatem pytanie co można zrobić, żeby doświadczać tego najwięcej?

Bo np. miejskie place zabaw dla mnie to jest takie pobudzenie, ja wiem, że dla dzieci są atrakcyjne, bo mogą się tam wybiegać, Franek zawsze przychodzi staje i mówi: z kim się będę bawił?

I to jest właśnie największy potencjał placów zabaw, inne dzieci.

Tak, i on nigdy nie ma z tym problemu, on zawsze tak czeka, i a dobra to idę i z tym chłopakiem będę się bawił.

On ma w tym chyba dużą lekkość.

Ogromną! Do tego stopnia, że często mu wystawiam kandydaturę młodszego brata, bo przyszliśmy razem i on mógłby się pobawić z  Tadkiem, i ok, Tadzio może być na doczepkę, np. dostanie fuchę policjanta łapiącego złoczyńców, ale dla Franka najchętniej żeby to był ktoś nowy, od piłki, od wspinania…

Place zabaw nie są jakimś tam złem, oprócz tego że faktycznie mogą przestymulować, więc jak wszystko są narzędziem. Jeżeli chcemy, żeby dziecko miało kontakt z innymi dziećmi, a ono nie chodzi do przedszkola, albo ma potrzeby po przedszkolu spotkać się z kimś, a my nie mamy pomysłu, albo chcemy pójść na plac zabaw, bo to jest jakaś atrakcja, no to ok. Tylko trzeba mieć uwagę, na to ile w tym momencie jest tam dzieci, jakie jest otoczenie, czy tam jest zaraz ulica obok, etc.

Bo znowu wracamy do układu nerwowego: im więcej bodźców, tym bardziej przeciążony układ nerwowy. Osłona mielinowa jest po to, żeby zatrzymywać bodźce, a w pierwszym siedmioleciu życia dziecka bodźce z większą siłą przechodzą po prostu w ciało, więc dlatego dzieci, jak są pobudzone to się muszą ruszać, wiercić i tak dalej.

…no czasami też bić prawda?

Bo jak obserwuję Franka, to on np. po przedszkolu ma taką potrzebę być w kontakcie, on musi mieć zabawy kontaktowe czy to z bratem czy ze mną.

To jest właśnie tak, że nie ma filtra i wszystko idzie w ciało, więc od razu, jak znamy dziecko, możemy nauczyć się go obserwować pod kątem, kiedy idzie w stronę: za dużo? I to widać, doskonale widać.

Ja widzę, jak mam dzieci przez tydzień w przedszkolu, a nawet krócej, widzę i wiem, kiedy temu będzie zaraz za dużo, i będzie musiał zacząć krzyczeć albo będzie musiał zacząć biegać, albo kogoś trzepnie. Bo po prostu dziecko nie ma narzędzi, ma swoje ciało, które działa pod wpływem impulsu, a impuls idzie od układu nerwowego.

Oczywiście są też inne powody, dla których dzieci tak się zachowują, ale to już jest inny temat,

Więc wracając: plac zabaw może być ok, jeżeli jest to miejsce spokojne. A największym walorem placu zabaw jest to, że mamy tam interakcje z innymi dziećmi , więc nie animujmy własnego dziecka, co rodzice i dziadkowie nagminnie robią.

Pamiętam, jak jeszcze chodziłam z Zuzią, jak była mała, i zanim jeszcze jakieś dziecko dotknęło piaskownicy, już był pełen scenariusz. Teraz cytat, do półtorarocznego dziecka babcia krzyczy: o kochanie, chodź do piaskownicy, zrobimy zamek, ty będziesz rycerzem, ja będę królewną…

Półtoraroczne dziecko… co ono w ogóle wie o rycerzach i królewnach? On chce po prostu i powinien dotknąć piasek, on powinien zanurzyć się w eksperymentach.

Już myślałam, że babcia wołała: nie dotykaj. bo się pobrudzisz. To nie wiem, czy to nie jest gorsze, bo to jest na zasadzie: wszędzie niebezpieczeństwo w postaci zarazków.

Obydwie sceny są złe. W przypadku pierwszym, dziecko przez to że dostanie scenariusz, nie będzie w stanie go zrealizować. Ono też nie za wiele zrobi z tym piaskiem niestety. Potem są dzieci, które mają doskonałe pomysły, mnóstwo strategii, ale nie potrafią żadnego zrealizować. Są nauczone gadania, są przegadane po prostu, przekoncypowane, bo ktoś za nich całe życie myślał.

One zaczynają myśleć, one też świetnie rozwijają swoje scenariusze, ale nie były na tym etapie, że odkryły coś poprzez swoje własne działanie. To teraz skąd ja mam wiedzieć, że jak wezmę ten kamień i nim rzucę, to się zachowa inaczej niż piasek? Dla dziecka to wcale nie jest oczywiste, ono musi po prosu to wszystko sto milionów razy zrobić, i to jest dla niego pasjonujące…

…czyli pozwalać dzieciom rzucać kamieniami? Może nie do celu.

(śmiech)

Pozwalać, ale może z dala od ludzi. Ale chodzi o to, że one muszą uruchomić zmysły do tego, a zmysły równocześnie są też warunkiem do równowagi układu nerwowego, i w ogóle całego rozwoju. Jak mamy zaburzenia w zmysłach, jak dziecko ma nadwrażliwość albo niedowrażliwość dotykową, no to też musi sobie zaspokoić tę potrzebę w jakiś sposób.

Są dzieci, które wchodzą w tak zwane zachowania nieakceptowane społecznie z powodu braków od strony zmysłów, i potrzebują intensywniejszego doświadczenia swojego ciała od wewnątrz i wtedy mogą zacząć się „normalnie” bawić.

Niestety to, że ograniczamy dzieciom działanie w świecie, to że ograniczamy im kontakt z naturą, że ograniczamy im ruch, powoduje, że ich zmysły nie rozwijają się prawidłowo.

Integracja sensoryczna, to plaga teraz, mniej więcej co drugie dziecko jest teraz w integracji sensorycznej.

Zastanawiam się, na ile to jest problem, bo wcześniej nie umiano tego zdiagnozować, a na ile, że te dzieci mają teraz jakieś takie deficyty, bo od małego im się tą przestrzeń ogranicza?

Ciężko powiedzieć. Pewnie nie ma badań porównawczych, żebyśmy mogły sobie jakoś tak wiążąco powiedzieć, ale faktem jest, że dzieci maja deficyt ruchu, i doświadczania świata, i że żyją w środowisku przebodźcowującym je.

Znowu odskocznią, która te wszystkie potrzeby kompleksowo załatwia jest las, czy jakakolwiek natura, łąka.

To środowisko natury, które jest zharmonizowane a równocześnie różnorodne. Jak sobie próbowałam kiedyś wymyślić idealną salę na integrację sensoryczną, to zawsze dochodziłam do wniosku że las… Zawsze! Po prostu nigdzie indziej nie ma takiej ilości motywów do podjęcia różnorodnego ruchu i uruchomienia wszystkich zmysłów, jak las. Zwłaszcza taki las, który sam jest różnorodny, gdzie prowadzimy dziecko nie wydeptaną ścieżką, tylko musimy przejść przez powalone kłody, gdzieś się tu przeczołgać…

Naturalny plac zabaw.

Tak, naturalny plac zabaw, no najlepszy plac zabaw.

Ciąg dalszy rozmowy z Anią Andrykowską za niedługo na blogu.
Jeśli jesteście z Krakowa i mielibyście ochotę spotkać się w lesie z Anią z i Maćkiem, to właśnie ruszyły jesienne spotkania w lesie. Szczegóły znajdziecie TUTAJ


A jeśli marzy Wam się, żeby Wasze dziecko chodziło do leśnego przedszkola, to i las, i natura są na wyciągnięcie Waszych rąk, i to również w… rękach i spotkaniach z Anią i Maćkiem w ich waldorsko-leśnym przedszkolu MOMO. Szczegóły do poczytania TUTAJ.

0 likes Ta Która Wie - Ekspertki # , , , , ,
Podziel się: / / /
Szukaj na 5razones

Unable to display Facebook posts.
Show error

Error: (#4) Application request limit reached
Type: OAuthException
Code: 4
Please refer to our Error Message Reference.