Ta Która Wie

Jak nauczyć dziecko nazywania emocji?

26 lutego 2019
emocje dziecięce, emocje dziecka, jak nauczyć dziecko nazywac emocje

Pamiętacie pierwsze słowa waszych dzieci: mama, tata, piłka, kot, tam…? Tę ekscytację, radość i emocje, że o to weszliście na kolejny poziom komunikacji z Waszymi pociechami? A eksploracja świata za pomocą nazywania zaczyna się przecież dużo wcześniej, od pierwszego głużenia, składania sylab, wydawania najróżniejszych dźwięków, które tylko dla rodziców mają sens, tylko im są znanym kodem, który namiętnie, pasjami rozczytują, z radością komunikując się ze swoim dzieckiem.

Nazwać znaczy poznać

Im dalej w świat słów, tym ciekawiej, bo dochodzą pytania, bardzo konkretne, a co to za zwierzątko, kolor, smak, owoc, warzywo?, albo odkrycia: a to ręka, noga, oko, nos, nie ma, nie ma, jest!, zdziwienia… dlaczego mamo nie masz siusiaka?, o ekstremalnych zderzeniach z słownikiem pojęć, jak: a co to suchość pochwy?, które są nie lada wyzwaniem, już nie wspominam (producencie specyfiku na tężę dolegliwość, jakże ja ci dziękuję za twoją radiową reklamówkę, w której to nazwa przypadłości suchość pochwy padła jedyne 4 razy).

Jesteśmy mocno skupieni na tym, żeby ten świat materialny, namacalny dzieciom przybliżyć za pomocą słów, żeby dzięki temu mogły opowiedzieć o tym, co widzą, co lubią, co chcą zjeść, czego potrzebują, co je boli, czy jest im ciepło czy zimno, w którą stronę chcą iść, co im trzeba podać

Bo nazwać to znaczy poznać, to znaczy oswoić, to znaczy zdobyć doświadczenie.

Tymczasem umyka nam sfera, której nazwanie, odkrycie jest realnie istotniejsze niż świat flory i fauny, warzywniaka, kolorów czy kształtów.

Chodzi o emocje.
Te przyjemne, jak radość, spokój, szczęście, ale też te trudne, jak smutek, złość, frustracja, żal.

Gdy sami nie mamy kontaktu ze swoimi emocjami, a tym samym potrzebami, trudno nam przyjąć, i zaakceptować je u dzieci. Co tam zaakceptować! Wcześniej należałoby je rozpoznać, zdiagnozować, nazwać, i spróbować przybliżyć się do ich źródła.

Nazwać znaczy oswoić

To samo tyczy się emocji.

Bo skąd mam wiedzieć, co czuję, skoro nie wiem co czuję? Skoro nikt mi nie podpowiedział, że jak płaczę, to może mi przykro, może mi smutno, a może jestem zmęczony, lub po prostu głodny? Skąd mam wiedzieć, co czuję, co mi jest, kiedy krzyczę, kiedy mi żal, kiedy tupię, kiedy potrzebuję pobiegać, może coś rozrzucić, zniszczyć, uderzyć, albo nawet powiedzieć przykre słowa…? Co mi dolega, kiedy się śmieję, a w tym śmianiu się aż podskakuję, klaszczę, śpiewam albo mam ochotę robić fikołki? Co mi jest? Co to za stan, co to za uczucie?

Dzieci potrzebują takiego kompasu, przewodnika po swoim świecie emocji, żeby tak jak w tym świecie rzeczywistym, świecie przedmiotów, stanów i zjawisk fizycznych, poruszać się bezpiecznie.

Na swoim profilu na Facebooku często dzielę się naszymi historiami, powiastkami, dialogami z Franiem i Tadziem, i wtedy pada pytanie: jak to zrobiłam, że oni tak potrafią rozmawiać o emocjach? Jak ich tego nauczyłam, a właściwie jak ich tego nauczyliśmy, bo to było nasze wspólne rodzicielskie wyzwanie?

Tu przede wszystkim potrzeba przestrzeni i zgody na to, że przyjmuję dziecko takim, jakie jest, nawet w najtrudniejszych emocjach, w płaczu i histerii, bo ono w danym momencie swojego życia, swojego rozwoju emocjonalnego, nie ma możliwości, zdolności, żeby zachować się inaczej. Bo to, co jest najtrudniejsze w dziecięcych emocjach, to to, że one dzieją się bardzo tu i teraz, bo impuls idzie w ciało, a ciało potrzebuje ten impuls podać dalej (stąd te krzyki, tupanie, bieganie, potrzeba uderzenia, zniszczenia czegoś, czy w złości czy w radości). I dziecko nie ma możliwości, żeby ten impuls, a właściwie emocję, tak pstryk! wyłączyć, wyciszyć, siebie uspokoić.

Jak zatem nauczyć dziecko nazywania emocji?

To bardzo proste: nazywając je. To brzmi może głupio, ale serio nie ma innego scenariusza, nie ma innej recepty. Tak jak kiedyś uczyłam dzieci słów: mama, tata, brat, słońce, deszcz, jabłko, pyszne, mokro, zimno…, tak teraz uczę ich słów, które definiują ich emocje.

Nazywam emocje: widzę, że się złościsz; czuję, że ci przykro; widzę, że ci trudno, i nie wiesz co zrobić; ach ile złości w twoich nogach, bo tak głośno tupią; ale radość! aż podskakujesz, opowiedz mi o niej; cały się uśmiechasz, musi ci być przyjemnie.

To są pierwsze tropy, diagnozy, które dziecko dostaje od nas z zewnątrz, to jest ten kompas, ta mapa słów, które przyjmuje, do której potem będzie się odnosić. Mając nazwaną daną emocję, doświadczoną w ciele, dziecko będzie potrafiło ją potem u siebie samo zdiagnozować, nazwać, a nam o niej opowiedzieć.

To trudna sztuka. Wymaga cierpliwości, przyjęcia dziecka w akceptacji dla jego emocji, bez ich oceniania (bo każda emocja jest ważna, jest opowieścią o tym, co się z dzieckiem dzieje na tylu poziomach), nawet jeśli mocno dźgają w nasze emocje, powodują stres, i bycie na granicy z własnym spokojem.

Trudno nam się konfrontować, choć może lepiej napisać: spotkać (bo konfrontacja oznacza walkę, a spotkanie jest przyjęciem kogoś) z tą emocjonalną stroną dzieci, bo często sami słabo jesteśmy skomunikowani ze swoimi emocjami. Zwyczajnie nie posiadamy takiej mapy swoich emocji, nie mamy do niej dostępu. Zatem trudno nam wspierać dzieci w ich emocjach, bo tak bardzo daleko jesteśmy od swoich.

Dla mnie to najbardziej otwierające doświadczenie życia: przeżyć raz jeszcze świat emocji, może nawet zbudować go na nowo, dzięki moim synom. Towarzysząc im w ich emocjach, różnych przesileniach, czuję jak sama wzrastam. Obserwując je, przyglądając się im i sobie, szukając ich przyczyn, źródła, a także sposobu, żeby zwłaszcza w tych trudnych i skrajnych przypadkach mieć przestrzeń, zasoby i strategie, żeby je ukoić, żeby dziecko w nich wesprzeć, tak aby samo potrafiło je wyciszyć lub znalazło swój sposób do wyzłoszczenia się, przeżycia ich.

Franiu czasem mówi: nie pocieszajcie mnie, ja potrzebuję się wyzłościć!

Zazdroszczę mu tej świadomości stanu swoich emocji. Tego poczucia, że hej! złości (i radości też!) nie da się uciąć tu i teraz, ona się musi przetoczyć, przeżyć, przepracować. Ona może szukać ujścia w płaczu, a może w krzyku, bywa że i w śmiechu. Musi.

Nazwać znaczy opowiedzieć, co mi jest i czego potrzebuję

Trening nazywania trzeba praktykować systematycznie. Właściwie codziennie nadarza się okazja do nowego wyzwania. Zwłaszcza, że dzieci codziennie czegoś nowego doświadczają, i nie potrafią wprost powiedzieć, co im dolega, co im doskwiera, czego potrzebują. W większości wypadków, to nie jest tak, że one nie wiedzą co im jest, tylko zwyczajnie poza ich doświadczeniem, mapą, czy też słownikiem pojęć są pewne słowa.

Tu lubię przytaczać jedną naszą anegdotkę, jak Franiu chciał się wyprowadzić.

Odchodzę, odchodzę z domu! – słyszę, gdzieś z oddali, próbując ocucić się w ten sobotni poranek. I gdy ja się budzę, i cucę, w tle jak echo, to odchodzę, wyprowadzam się! – i dopada mnie panika, że nie dość, że zaspałam, to jeszcze przespałam kawał życia, w trakcie którego synkowie dorośli, dojrzeli, w tym do decyzji o wyprowadzce z domu rodzinnego.
No ale budzę się. To nie wiadomość z dalekiej przyszłości. Jednak nie, nic mi nie umknęło, no może kawałek sobotniego poranka, w trakcie którego w prawdzie nie doszło do rozlewu krwi, ale jakiejś potyczki pomiędzy braciszkami.
Odchodzę, słyszycie?! – zapowiada po raz kolejny Franciszek.
No dobrze synku, to co ci spakować na drogę? Już teraz, w tym momencie odchodzisz, otworzyć drzwi? – cucę się, i uskuteczniam plan Franciszkowej wyprowadzki.
Yyyy… no nie teraz mamo. Wieczorem sobie pójdę – odracza sprawę Fra.
Ah wieczorem, to już będzie ciemno i zimno, to na drogę zrobię ci kanapki i herbatki, może być? – zaczynam robić listę zadań.
Może.
A co ci spakować na drogę?
Spodnie.
A ile par majtek?
Fra na paluszkach pokazuje dwa.
A skarpetek?
Pięć – woła.
Łał, poważny zapas, ale to dobrze, na taką wyprawę trzeba mieć przygotowanych dużo skarpetek.
No właśnie.
A tak w ogóle synku, to zdradzisz mi gdzie ty planujesz się wybrać?
Do lasku, nad rzeczkę.
A gdzie tam będziesz spał?
Zbuduję sobie domek z liści.
Domiek z liści?!?! – raduje się Tadek. Fjanek to ja idje z tiobą.
Nie Tadek, ale ja chcę być sam. – stopuje brata Fra.
Ah, to po to ta wyprawa, chcesz pobyć sobie sam…
Ale nie moźeś być siam – zatroskuje się Tadzinek.
A właśnie, że mogę, a właśnie że chcę!
Ależ oczywiście, że możesz, i że chcesz, i dobrze, że nam o tym mówisz. A Tadziu po prostu jako twój brat troszczy się o ciebie. A może zamiast ruszać nocą na wyprawę do lasu, możesz w inny sposób pobyć sobie sam? Co możemy zrobić, żebyś pobył sobie sam?
Hmmm… to może po prostu wyjdźcie na chwilę z mojego pokoju.
Wychodzimy, ale nie mija więcej niż chwila, i słyszymy:
No dobra wracajcie, już nie chcę być sam.
A i mamo, nie musisz mnie pakować, jednak zostaję w domu.

Kilka pytań pomocniczych, wyobrażenie sobie absurdalnej sytuacji, jak mieszkanie nad rzeczką w norce, taki też trening dla wyobraźni i udało nam się odkryć, że Frankowi potrzeba było chwili sam na sam. Dorosły by powiedział, że ma ochotę wystrzelić wszystkich w kosmos, a pięciolatek obwieścił wyprowadzkę w dzicz.

Nazywam, ale wcześniej wyobrażam sobie

Ale synku, nie mam pewności czy pozwoliliby Ci tam wejść. Bo to jest taki klubik dla maluszków do 3 roku życia, a ty już masz prawie 5 – tłumaczę Franiowi zasady jednego z klubików dla dzieci, który niedawno odwiedziliśmy z Tadziem.
Oczywiście brat straszy słysząc te opowieści zapragnął również takich przygód. Zresztą jemu zawsze tęskno do tych spraw, które dzieją się z Tadkiem i ze mnę, kiedy on akurat jest w przedszkolu.

Nie zgadzam się! Oni muszą mnie tam wpuścić – mówi stanowczo.

Synku, nie wiem… musiałabym… – zanim kończę zdanie, Fra biegnie przed siebie i nawet nie ogląda się za siebie.
Gdy udaje mi się go dogonić, widzę napięcie w ciele, smutek na twarzy…

Ale synku… co jest…

No mamo wyobraź sobie, że tobie nie pozwalają gdzieś wejść, no to jak byś się czuła?

No właśnie wyobrażam sobie. Zanim nazwę, to wyobrażam sobie, co dziecko może czuć.
Jak może przeżywać odmowę, stratę, lub jakiekolwiek inne zdarzenie.
Wyobrażam sobie, co to może z nim robić. Jaka to może być dla niego trudność. Jaka emocja: złość, smutek, przykrość, żal uruchamia w nim ciało, bo to zawsze działa na zasadzie impulsu.
A to i tak pewnie część tego, co tam się w środku tego małego człowieka dzieje.

Tak. Zaczynam od wyobrażenia sobie.

Wy też spróbujcie.

Możesz polubić też