Maj 19, 2013 at 8:25 pm

Jam łasica!

Jam łasica!

Podróżowanie to łasicowanie. Takie pojęcie uknuliśmy ze Smokowatym i ono idealnie pasuje do naszego sposobu podróżowania. Zaczęło się od naszej pierwszej wspólnej wyprawy. Po oglądnięciu czeskiego filmu „Bobule” (Młode wino)  postanowiliśmy zdobyć rowerem czeskie steżynki. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy: Czeskie Morawy zdobyte.  Wtedy właśnie gdzieś pomiędzy jedną, a drugą rowerową przeprawą, na polu namiotowym w Pasohlavkach, w okolicach wybornych winnic, uznaliśmy, że nam to niewiele do wypoczynku potrzeba. Można nas wysłać właściwie bądź gdzie, rozłożyć z namiotem, rowerami i sakwami w szczerym polu. Nie musimy mieć wokół siebie żadnych znanych zabytków, muzeów, dzikich plaż, nie musi na nas dmuchać i chuchać żadna obsługa hotelowa, nie potrzebujemy mieć darmowych drinków i innych podróżniczych wygód.
Do wakacyjnego szczęścia potrzebujemy: solidnie się wyciorać, dobrze zjeść, a po posiłku móc zasiąść leniwie i przyglądać się ludziom, najlepiej tubylcom (choć i inne nacje będące w podróży dostarczają nam niemałych wrażeń).
I wszystko to staraliśmy się sami sobie zapewniać w trakcie naszych przepraw. Rowerem i z całym dobytkiem, którym objuczyliśmy nasze baj cykle zjechaliśmy Czeskie Morawy, a rok później część Toskanii i Elby. Zawsze był jakiś mniej więcej plan, ale i sporo spontanu i improwizacji. I oczywiście ciorania co niemało, bo rzadko mierzyliśmy siły na zamiary. I tak zdarzało się nam gdzieś ugrzęznąć w polu szczerym albo nadrabiać kilometrów klucząc jakoś naokoło, bo a to zboczyliśmy ze szlaku, albo nagle robiła się plaża, albo droga szybkiego ruchu. Czasami za późno wysiadaliśmy z pociągu albo z promu. I trza było w nocy po omacku szukać noclegu (tak zdarzyło nam się po nocy szukać pokojów w Lucce) lub jechać w nocy serpentynami po Elbie próbując znaleźć nasze pole namiotowe, kierując się mapą dopiero co zakupioną w przydrożnym  Tabacos, i liczyć że jakiś nieokrzesany Włoch na tych nieoświetlonych drogach nie zmiecie nas gdzieś w przepaść. Po każdej takiej cioraninie, w trakcie której każde z nas na zmianę z nerwów zsiadało z roweru, psiocząc, że rozbijamy namiot gdzie popadnie, obiecywaliśmy sobie, że to ostatni raz tak. Ostatni. Aż do następnego razu, i następnego. Wszak ściorać się trzeba i już, i chyba od tego żeśmy się uzależnili.

Nic też tak nas nie uzależnia, jak dobre lokalne jedzenie. Lokalne dla danego kraju, regionu jaki w danym momencie odwiedzamy. Lokalne jedzonko, frykasy i rarytasy potrafimy tropić bez końca. Nie odpuszczamy dopóki nie znajdziemy miejsca obleganego przez autochtonów. Omijamy miejsca, w których na stolikach jest menu obrazkowe we wszystkich możliwych językach. Tak udało nam się znaleźć w Pasohlavkach , gdzieś pośród niczego, lokal gastronomiczny o nazwie „U Lassa”. Knajpa, której wnętrze i zewnętrze wyglądało, jak tania spelunka odwiedzana przez podpitych lokalsów. Ale gdzie lokalsi, nawet podchmieleni, tam znak że musi być dobre lokalne, swojskie jedzenie. A w przypadku Czech i Moraw, pyszne piwo i wino. We Florencji pół dnia spędziliśmy nie na zwiedzaniu miasta tylko szukając miejsca uroczego, w które moglibyśmy się udać na uroczą kolację. I tak przypadkiem, przemijając kolejne uliczki skręcając to w prawo to lewo zatrzymaliśmy pod oknem, przez które zaglądnęliśmy do środka kulinarnego Armagedonu. Tak nam się to krzątanie kucharzy spodobało, że o 19 byliśmy już na miejscu sadowiliśmy się za stołem z kraciastym obrusem. I całe szczęście, że przyszliśmy tak wcześnie, bo od 20 pod drzwiami naszej ristorante zaczęła się robić już dość solidna kolejka. My w tym czasie z rozkoszą oddawaliśmy się iście dekadenckiej konsumpcji. Dania zamawialiśmy próbując rozczytać z włoska kartę, wsłuchując się w naszego roztrzepanego kelnera, który z rozmarzeniem opowiadał o kolejnych wybornych a prostych daniach, które dzisiaj kuchnia serwuje lub rozglądając się po stolikach obok i wypatrując na talerzach tego, na co mielibyśmy chrapkę. To właśnie w tej ristorante, nasz cameriere nauczył mnie jak jeść, płatek po płateczku pysznego świeżutkiego surowego… karczocha!

Po pysznym jedzonku, i przy pełnym kieliszku wina, przy popuszczonym pasku od spodni uwielbiamy się leniwie poprzyglądać. Ludziom. Pogapić. Na ludzi. Pokontemplować. Ludzi. Pokomentować metaforycznie i ironicznie. Ludzi. Aż dziw, że nikt nam jeszcze za to nie zwrócił uwagi. Bo my się naprawdę wielce gapimy, i głośno komentujemy. Rzec by można, że ludzie w podróży, to nasza pasja, również w podróży. Zatem przyglądamy się ludziom, którzy siedzą obok. I oprócz tego, że patrzymy co zamawiają, co piją. To patrzymy, jak jedzą i piją. Włosi na ten przykład jedzą z lubością i z rozmachem. I przy jedzeniu sami w sobie są bardzo smakowici. Japończycy z kolei, zanim coś zamówią, to uważnie przestudiują i przetłumaczą kartę za pomocą podręcznych translatorów. Z rezerwą podchodzą do postawionych na start przystaweczek w postaci chleba i sera, trzeba ich gorąco zachęcać, że mogą to zjeść, że na prawdę można. A gdy już dania wylądują na stole, to zanim po nie sięgną widelcem bądź ręką, uważnie i z każdej strony je sfotografują.
W podróży spodobali nam się Niemcy. Dwa razy nam pomogli. Raz na Elbie użyczając swej mapy, żebyśmy się mogli rozeznać w przestrzeni i odnaleźć drogę na nasze pole namiotowe. Drugi raz w Lucce, gdy po zmroku, okrutnie ściorani szukaliśmy czegokolwiek żeby przenocować. Jakoś z góry założyliśmy, że w Lucce, albo jej okolicach musi być pole namiotowe. No więc nie było. I zaczęły się poszukiwania. I wtedy pojawili się nasi ratunkowi Niemcy, którzy pomogli nam znaleźć pokój w Bed&Breakfast i byliśmy uratowani.

Cioranie, jedzenie, ludzie. Jam łasica!

0 likes Projekt łasicowanie # , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
Podziel się: / / /
  • to znaczy się, że ja jestem Łasica 😀 pełną gębą!

    • pau

      high five łasico!

Szukaj na 5razones
O mnie
To ja Pau Elegancka Wszystko co chcecie o mnie wiedzieć, znajdziecie tu. W każdym poście. Przeczytacie w każdym zdaniu i pomiędzy zdaniami. Rozpoznacie na granicy kropki kończącej jedną myśl, a akapitem rozpoczynającym następną. Zdjęcia, rysunki, szkice to pocztówki z naszej codzienności. Łapcie!

True story 🤣🙈🍩🍫🍰 ... See MoreSee Less

U nas walka!

View on Facebook

Wczoraj przyszła narzuta patchworkowa uszyta przez sprytne i czułe paluszki Agnieszki MaAteria patchworki w której zaszyte są skrawki z pierwszych ubranek Tadzinka.
Niedźwiadkowa kołderka przechodzi właśnie najmilejsze crashtesty. No stworzona jest do tulania!!! 🐻🐻🐻
... See MoreSee Less

View on Facebook

Fejsbuczek mi przypomniał, jak to 4 lata temu przy Franiu już bardzo, ale to bardzo nie starczało mi... niczego! Odzieży, sił i gibkości, żeby sobie buty samej założyć. 😅😄😃🤣😂

Mam tu jakieś ciężarne, którym również nie starcza?
... See MoreSee Less

View on Facebook