Ta Która Wie

Klub czerwonej szminki

9 kwietnia 2013
Klub czerwonej szminki

Szajning face. Oczy podrasowane ajlajnerem. Kości policzkowe stjuningowane różem. Glamour uśmiech. I jeszcze jeden detal. Ślad czerwonej szminki na ustach. Na wszystkich pięciu. Na wspaniałej, idealnej, wzorcowej wręcz sweet foci z jakiejś very zajebistej balangi. Ich piątka w wyzwolonych, imprezowych pozach. Spojrzenia wyrażające wspólną, wszechogarniająca miłość i oddanie. Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną. Przynajmniej na te parę sekund pozowania do jabłkofona, na wyciagnięcie ręki jednej z nich.

Patrzę na nie, i zastanawiam się, czy za parę lat, być może parę miesięcy, też tak chętnie będą pozować do jednego portretu, wdzięcząc swoje czerwone dziubki? Czy to swoje oddanie mogłyby wyrazić sobie w inny niż sweet fotograficzny sposób, z obowiązkowym odznaczeniem się na face buku z podpisem „też jesteś zajebista”? Czy po zmazaniu z siebie czerwonego, szminkowego rynsztunku dalej będą sobie tak bliskie? Czy jedna za drugą mogłaby oddać życie, a przynajmniej pożyczyć kasę na spłatę kredytu?

Gdy tak obserwuję dzisiejsze dziewczyńskie kluby wzajemnej adoracji, przypominam sobie, te swoje własne, z lat szkolnych, licealnych, studenckich. Jakie były? Ile dziubków liczyły? Jaki był nasz znak rozpoznawczy? I ileż z nich, z tych „dziubków” pozostało ze mną?

Podstawówka to jeszcze czasy niewinnych gier i zabaw. Po szkolne spotkania pod trzepakiem, w tzw. „zielonym ogródku” przy szkole, lub w mieszkaniu którejś z nas. Moja ówczesna grupa dziewczyńska miała stały, choć przez wzgląd na różne okoliczności przyrody, zmienny i niestabilny wobec siebie uczuciowo skład, w liczbie 5. Niestabilność wynikała chyba z naszego dojrzewania, różnych perturbacji około szkolnych, pierwszych zakochań, czasami w tym samym obiekcie, i takich innych dziewczyńskich spraw, które teraz trudno mi wytłumaczyć. Po prostu czasami nadchodził taki dzień, że któraś innej podpadała, i wtedy cała reszta musiała ustalić, za którą jest, a na którą się obrażamy. Następnego dnia oczywiście sytuacja mogła się szybko diametralnie zmienić. Ale jakkolwiek burzliwie, tak po dziewczyńsku burzliwie, by między nami nie bywało, to zawsze mogłyśmy na siebie liczyć. Przez siebie podawałyśmy liściki obiektom naszych westchnień, albo posługiwałyśmy się sobą jako agentkami wywiadowczymi do zadań specjalnych, celem pozyskania informacji wszelakich na temat tychże obiektów (co np. wiązało się ze staniem pod klatką i dzwonieniem domofonem, żeby sprawdzić czy jest w domu, albo wydzwanianiem z budek telefonicznych. Tak musiał sobie człowiek radzić w erze „przed komórkowej”). Gdy nasze przysłowiowo bito, a dokładnie na nasze nieładnie krzyczano na zawodach sportowych w trakcie decydującej zagrywki, to było pewne, że ktoś wkroczy i na krzyczących w ramach rewanżu za przyjaciółki napluje. Gdy koleżanki z klasy równoległej miały jakieś „ale” na wspólnych wuefie, to było pewne, że skończy się to małą zemstą w szatni. Taaaak na wuefach czasami lała się krew, leciały włosy z głów.
Poza tzw. wuefową przemocą, było w nas jednak mimo wszystko sporo czułości i niewinności. I to było piękne.

W czasach licealnych należałam do tzw. grupy „Czarnych”. W przeciwieństwie do innej subgrupy „Blondyn”, które nie tylko że były blondynami, to nosiły się na kolorowo, pastelowo. Naszym mundurkiem była czerń i obowiązkowe glany. Babcia jednej z nas nazywała nas „szatanistkami”, bo nosiłyśmy „czarne szaty”.  A my dumnie, w tym naszym rynsztunku codziennie kroczyłyśmy do szkoły, a przynajmniej pod szkołę. Pod tzw. orzecha czy tam kasztana. Tam często zapadała decyzja, czy wkraczamy na teren wroga, czy też zostajemy po tej stronie ogrodzenia, w naszym ukochanym parku, relaksując się, i do szkoły dotrzemy dopiero od drugiej lekcji. Czasami na zabunkrowanie się na parkowych ławkach bywało za późno, bo po drodze zgarniała nas nasza polonistka, której trakt dom-szkoła przebiegał akurat koło naszego punktu zbornego.
Glany były naszym wyróżnikiem i na wakacjach. Bez względu na skwar i upał, zawsze na nogach, nawet na trasie Szymbark – Gorlice  na tamtejszy basen miejski. 4 ręczniczki, przy których równiutko na baczność stały 4 pary glanów. O glany trzeba było dbać, dlatego każda próba ich skalania, np. pawiem po 2 piwach (taka była nasza alkoholowa odporność) była niwelowana, przez czujną koleżankę, która w takich sytuacjach służyła pomocą, potrzymała włosy, sugerowała kierunek pawia i takie tam.
Rynsztunek zobowiązywał. Dlatego słuchałyśmy odpowiedniej kategorii muzyki (Pear Jam, Dżem, Skunk Anansie, Nirvana, Kult ), kochałyśmy się w odpowiednich aktorach lub muzykach (Johny Deep, Lenny Kravitz), cytowałyśmy odpowiednie filmy (And don’t say ok., ok.? – OK.!), chodziłyśmy, oczywiście bez wiedzy i pozwolenia rodziców,  do odpowiednich knajp (Jazz Rock, Rock’n Roll) i odżywiałyśmy się równie odpowiednio: chleb z chipsami, precel z colą, kebab. I lookingowałyśmy endżelsów! To była nasza ulubiona czynność. Po latach przyniosła efekty! 😉

W trakcie studiowania ominął mnie syndrom łączenia się w paczki. Wtedy jakoś łatwiej było mi się parować.  Najpierw w trakcie przygody barcelońskiej, gdzie byłam zdana tylko i wyłącznie na siebie. Tam los, przypadek, czy inne moce postawiły mi na drodze moją słowiańską siostrę. Symbolem naszej paczki-pary jest droga mleczna i rozszerzający się wszechświat, który jest na wyciągnięcie ręki z dachu jednej z kamienic przy calle Avinió. Dzięki temu wiem, że gdziekolwiek bym nie była ja, albo gdziekolwiek nie powędrowałaby ona, patrzy na nas ten sam wszechświat.

Potem były czasy circulo vicioso i słonecznego reggae! I ogromnego rozpędzenia karierowego. U boku jedna kompanka. Miałyśmy moc przywoływania Kapitana Planety, i swoją ewangelię wg strony 54. Mentalność 15 i pół po dziś dzień nam się uruchamia. I tak już pewnie pozostanie.

Równolegle było „un poquito de flamenco”, poszukiwanie duende i tańce w szafie, i wpinanie kwiatów we włosy przed występami… Ay Pepe mio, ay Pepe mio ven pa´ca, que no me hagas mas sufrir, que ni tampoco mas llorar.

Liczę na palcach, wyliczam, przeliczam. Oglądam zdjęcia i patrzę na nasze „rynsztunki”, symbole, znaki rozpoznawcze tamtych dziewczęcych przyjaźni.

Każda z nich jest niczym cenny koralik, pierścień na palcu (jak pierścień Arabeli), który wystarczy, że przekręcę na palcu, ma moc, żeby je przywołać. Lata temu z każdą z nich, byłam na podobnym etapie życiowym. Łączyła nas albo szkoła, albo wspólne dorastanie, przeżywanie przygód, rozwój zawodowy tudzież imprezowy, pasja. Dzisiaj właściwie każda jest na swoim. Jedna dalej studiuje, druga szaleje i podróżuje, łapie życie garściami, trzecia podbija stolice, czwarta szykuje się do ślubu, piąta obserwuje swój brzuch, w którym zagościł mały pasażer, szósta robi to samo nosząc w sobie wikinga numer 2, siódma postanowiła pokazać big faka swoim przełożonym, ósma…, dziewiąta, dziesiąta…  I to lubię najbardziej. Te nasze różnice.

Przychodzą jednak takie dni, kiedy znów chcemy się zunifikować. Włożyć na siebie ten sam mundurek. I poszminkonować usta na czerwono. Dziewczyny z klubu czerwonej szminki.

Myślę, że tak zostanie nam już na zawsze.

 

 

 

Możesz polubić też