Sierpień 3, 2015 at 9:47 pm

Koncept szczęście

Koncept szczęście

Są tacy ludzie, o których się mówi, że urodzili się po złej stronie łóżka – wszystko jest zawsze dla nich mroczniejsze niż dla innych. To niezależne od klasy, rasy, majątku. Po prostu – dla jednych życie jest łatwe, dla innych bardzo trudne. To fundamentalna różnica między ludźmi. Ja urodziłam się po tej dobrej stronie łóżka – patrzę na świat z radością, jestem optymistką.

Od jakiegoś czasu czytam pewną blogerkę. Był taki moment kiedy zaczęła mnie drażnić i irytować. Wciąż, i wciąż pisała i wciąż pisze o jednym. O tym, jak to niewiele do szczęścia potrzeba, że wystarczy, że nad głową jest dach, że masz co do gara włożyć, żeby rodzinę wykarmić, żeś zdrowa, że ręce do pracy, że jest ta rodzina, i ogień w kominku, i spokój, i cisza, i ciepło, i koc pod którym możesz się schować, i jakaś para stóp, które pod tym kocem możesz smyrać lub szturchać, i że najważniejszy, to ten drugi człowiek. I jeśli to masz, to naprawdę nic więcej. Nic więcej nie potrzebujesz, o nic więcej nie musisz już się szarpać. Nic. Jak mantrę powtarzała tę jedną historię. Uczyniła z niej leitmotiv swojego bloga i swojej rodziny. Leitmotiv, przypowieść o szczęściu.

Mam koleżankę. Taką ani to bliską, ani daleką. Na czas jakiś kontakt nasz, nie tyle co się urwał, co zasłabł. Gdy postanowiłam go reanimować i zaprosić koleżankę na kawę, okazało się, że jest w szpitalu. Odwiedziłam ją tam, żeby dowiedzieć się, jak się czuje. Mimo widma najgorszego, była bardzo spokojna, pogodna, gotowa przyjąć wiadomość o każdej diagnozie. Spotkałyśmy się po jakimś czasie, chciałam wiedzieć, jak się czuje, jak wyniki, co mówią lekarze.
Wciąż nie są pewni diagnozy, i tego co ze mną, ale to nieważne. Postanowiłam być zdrowa, postanowiłam żyć.
Jak powiedziała, tak robi. Żyje spokojniej, żyje pogodniej, żyje odważniej. Gdy choroba definiuje nasze granice, bywa, że w sumie, to szczęśliwie nie wiele mamy do stracenia.

Kiedy kończysz 40 lat, musisz skonfrontować się z tym, że pewnych rzeczy już po prostu nie zrobisz. Nie spędzisz wakacji na Kostaryce, nie ukończysz wymarzonych studiów, nie uratujesz świata, nie będziesz miała trzech córek. To naturalny proces, ale dość smutny. Autorefleksja w tym wieku nie sprawia, że jesteś szczęśliwy. Niedobrze jest więc się zastanawiać, kim właściwie jesteś, co osiągnąłeś.

Niektórzy wciąż się ścigają z sobą samymi i z całym światem. Wytrenowani do ścigania, do zdobywania, posiadania. Poganiani i przeganiani przez znachorów dzisiejszych czasów, zwanych coach’ami, którzy co i rusz ich dopingują i motywują: wyjdź, no wyjdź ze swojej strefy komfortu. A co jeśliby tak jednak w niej pozostać?

Z okazji swoich kolejnych urodzin, Smok mój popadł w małą melancholię, że wiek już konkretny, a góra niezdobyta, rzeka nieprzebyta, a on z sadzeniem drzew i domu budowaniem w lesie. Zapytałam go, czy być może udało mu się zrealizować coś, czego na liście jego wyczynów i marzeń się nie znalazło, a jednak sprawia, że czuje się spełniony. Tak – odpowiedział bez zastanowienia. A widzisz, czy to nie jest szczęście?

Moim lekarstwem na wszelkie żale, frustracje i wątpliwości jest po prostu robienie. W moim przypadku to odbywa się poprzez pisanie, ale też przez wykonywanie codziennych, realnych rzeczy dla realnych osób – gotowanie, ubieranie dzieci do szkoły, naprawienie czegoś. Może to nie jest seksowne credo życiowe, ale to prawda. Szczęście to wykonywanie potrzebnej pracy i patrzenie na jej efekt.

Kilka lat temu przeszłam mały kryzys życiowo- zawodowy. Po latach pracy na pełnych obrotach, wiecznie zdyszana, z palpitującym sercem, przeponą dociśniętą, na bezdechu doczołgałam się do punktu, z którego wiedziałam już że nie ma odwrotu. Że albo się coś zmieni, albo jak stoję, tak padnę i już nie wstanę. Że jeszcze jeden dzień z kawą służącą jako pierwsze i drugie śniadanie, kampanią pt. glebogryzarka w super cenie za jedyne pięćsetdziewiędziesiątdziewięć, z wieczorem, gdzie popcorn służył jako ciepły posiłek, że choćby tak jeszcze raz, to ja oszaleję. Ciało moje wiedziało, że jestem na granicy, i podpowiadało zrób coś. Z dnia na dzień zrezygnowałam z pracy, której zazdrościło wielu. Odeszłam nie mając absolutnie żadnej alternatywy czy jakiegokolwiek zabezpieczenia. I w tym wszystkim byłam bardzo spokojna. Wierzyłam, że małe kamyczki są wstanie ruszyć wielkie lawiny. A ja czekałam na swoją lawinę dobrych zmian. Niedługo po złożeniu wypowiedzenia, poszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Na pytanie osoby rekrutującej: co bym w życiu chciała robić? Odpowiedziałam: Rzeczy realne, prawdziwe. W swych zeznaniach musiałam wyjść na jakąś wariatkę, bo pracy nie dostałam.

Posiadanie dzieci potrafi pokazać, że nie warto w życiu poprzestawać na małym. Jestem też przekonana, że kobietom łatwiej wyrażać emocje, ponieważ w ich ciało jest mocno wpisany biologiczny zegar i przygotowania na ekstrema.

Urodziłam się po tej mroczniejszej stronie łóżka, ale udało mi się przeskoczyć na tą bardziej nasłonecznioną. Z dwóch przypadłości, które szargają ludzkością: histerie i frustracje oraz pasje, wybieram te drugie. W tym jest mi blisko do Julii oraz koleżanki. Wprawdzie jeszcze trochę czasu zostało mi do czterdziestki, ale już dzisiaj wiem, że nie ze wszystkim zdążę. I jest we mnie zgoda na to. Po raz kolejny zawiesiłam zawodowe zmagania. Zostałam w domu. Czuję, że mój syn bardziej mnie potrzebuje, niż wszystkie glebogryzarki świata. Mam nadzieję, że mi to wybaczą. Dłubię swoje projekty, odręcznie spisuję małe plany. To bardziej zobowiązuje.
Nie szarpię się z czasem. Codzienne wpatruję się, jak zawija i kręci loki tuż nad karczkiem mojego kochanego Fra i zastanawiam się czy i kiedy je rozprostuje.
Z rzeczy realnych, to zaraz pójdę nastawić ziemniaki. Potem rozwieszę pranie. Zanim się zorientuję, Fra powstanie. Może ruszymy na spacer. A może nie. Gdy wróci Smok, pokrzątamy się we trójkę. Położymy potem spać młodego. Ja coś popiszę, on coś pogra. Schowamy się pod jednym kocem, pomiędzy nasze stopy zawiną się koty. Zasnę z myślą, że znów nie zdążyłam sobie pomalować paznokci. Obudzę się, jak zawsze niewyspana, ale gotowa na kolejne realne ekstrema.
Tak wygląda moja przypowieść domowa o szczęściu.

 

*Cytaty pochodzą z wywiadu z Zadie Smith opublikowanego w Wysokich Obcasach w 25.07. 2015. Cała rozmowa do przeczytania TUTAJ.

0 likes Ta Która Wie , U Eleganckich # , , , , , , , ,
Podziel się: / / /
Szukaj na 5razones

4 hours ago

5razones

Po Waszych reakcjach na widok zdjęć jedzenia zaczęłam się zastanawiać, czy nie zmienić kategorii blogowej z parentingu na kulinaria czy coś. ;)

Bo jak tylko pojawia się jakieś żarcie, to zaraz: rzuć przepisem!

No to rzucam.
Buraczkowe brownie - na zdrowie!

💜🍫💜🍫💜🍫

5razones.pl/buraczkowe-brownie/
... See MoreSee Less

View on Facebook

16 hours ago

5razones

A jak to robicie, że Wasze dzieci chętnie chodzą do lasu? - pytacie. 🌲🍃🌿🍀🌳
A ja odpowiadam, że no właśnie nie zawsze chcą, a jeśli już to wcale nie zawsze super entuzjastycznie.

Czasami są takie dni, kiedy Franek obwieszcza nam: Chcę soboty w piżamie! (i to jest dla nas ok, bo któż by nie chciał czasami takiej soboty, ba całego weekendu). Czasami uda się chłopaków z domu wyciągnąc, ale zanim jeszcze dobrze wejdą w las, to już domagają się powrotu. Tak np. było w trakcie naszego sobotniego marszu po #PuszczaNiepolomicka, kiedy to zrobiliśmy może 2km z tego 1km biegnąc za Frankiem do samochodu (no taki paradoks dziecięcych stóp, że zmęczone żeby chodzić, ale całkiem żwawe do biegania). Bywa i tak jak wczoraj, że zanim zgodzą się ruszyć o choć kilka kroków, to najpierw JEŚĆ! poprosimy o to ciasto czekoladowe! (do waszej wiadomości także z burakiem, to mój popisowy transfer buraka do ciasta 💜🍫), i na takim paliwie mogą gnać dalej.

Także bywa różnie. Ale okazja leśna czyni #lesnedzieci. Dlatego to co możemy z całą pewnością polecić to częstą ekspozycję na #las
... See MoreSee Less

View on Facebook

1 day ago

5razones

U mnie i yoga
I cake.
No i trochę lasu też.

A Wam jak było w ten drugi długi listopadowy weekend?

Rosie Made A Thing
... See MoreSee Less

View on Facebook