Kwiecień 16, 2015 at 8:18 pm

Kryzys Pani kryzys

Kryzys Pani kryzys

To był maj. Ślub znajomych, wchodzę do kościoła, siadam w ławce obok pary innych znajomych, którzy również za kilka tygodni staną na ślubnym kobiercu. Podekscytowana koleżanka zaraz mnie wypytuje: I jak, i jak, jak to jest? Czy coś się zmienia w relacji małżeńskiej, jak pojawia się dziecko? Pomyślałam sobie, że co ja ją będę oszukiwać, dlatego moja wypowiedziana teatralnym szeptem odpowiedź mogła brzmieć tylko tak:  Wszyyyystkoooo!

Bywa że jest u nas bardzo smoczo, elegancko, i cudownie sielankowo, niczym w reklamie Perwola o zapachu łąki. Trzymamy się za rączki, dogadzamy sobie smakołykami, jesteśmy taaaacy nawet umiarkowanie wyspani, w tle lub w naszych objęciach roześmiane, i wcale nie histeryzujące najsłodsze na świecie Bambini.

Czasami jednak trudy codzienności, i nocnych poligonów sprawiają, że jest u nas tak ogniście i temperamentnie jak na plaza de toros, a nasza dwójka to nie walczący byk i drażniący go torreador, tylko dwa rozjuszone byczki rozpędzone na siebie. I w takim rozjuszeniu nie raz już i nawet nie dwa wpędziliśmy się w mały el crisis.

Poniżej subiektywny przegląd naszych (i nie tylko naszych) małżeńskich, rodzinnych kryzysów. Ku pokrzepieniu serc. I podpowiedzi jak z nich wybrnąć, jak je rozładować, przeczekać albo przynajmniej jak je przemilczeć.

Kryzys 7 i 8 cm. Na szkole rodzenia Smokowaty dowiedział się, że w trakcie porodu może się zdarzyć tzw. „kryzys 7 i 8 cm”. Dochodzi do niego przy okazji siedmio/ośmiocentymetrowego rozwarcia w pierwszej fazie porodu. Podobno, podobno… zaznaczam podobno, kobiety przy tym rozwarciu już lekko nerwowo roznosi, mają dość, i delikatnie temat ujmując wysyłają swoich partnerów i inne osoby im towarzyszące w akcji porodowej do siedmiu, i nie tylko siedmiu diabłów. No ja nie wiem Kochana, czy to dobry pomysł, żebym ci towarzyszył w porodzie…? – zaczął się rakiem wycofywać Smoku – Tobie tak niewiele potrzeba, żeby się podkurwić. Na nasze wspólne szczęście, jak dotarliśmy do szpitala, jak już akcja ruszyła, to okazało się, że rozwarcie sięgnęło zenitu. W trakcie porodu doszło tylko do jednego aktu przemocy: no zdarzyło mi się go ugryźć w rękę, no!, ale to bardzo mocny skurcz był. Bardzo mocny.

Kryzys „bo będę jak inni faceci, wracając z pracy będę do ciebie dzwonił, że już jadę do domu i żebyś stawiała ziemniaki na gaz”. Muszę przyznać, że mam szczęście. I moja babcia też mówi że mam szczęście. Zaraz potem dodaje, że fatalna ze mnie żona, bo kto to widział, żeby facet robił zakupy, gotował, sprzątał i zajmował się dzieckiem. Że jej mąż a mój dziadek, to się w ogóle takimi babskimi sprawami jak dzieci i gotowanie nie zajmował. Cóż ja pamiętam dziadka jak gotował dla siebie pomidorową, najlepszą pomidorową na świecie. I nie wiem, jak z tym tradycyjnym podziałem ról, ale babci udało się kilku swoich synów wychować na partnerów a nie tylko usługobiorców swoich żon. No ale przyznaje, ja to mam szczęście, bo Smok i zakupi zrobi, i obiad ugotuje (i to jaki!!!) i Franisława Pierworodnego ogarnie. Dlatego jak on mi takimi szantażami przed oczami macha, to ja od razu uspokajam swoją szarżę. Bo co jak co, ale ja to głodna nie lubię chodzić.

Kryzys „no to jak jesteś taka zmęczona karmieniem, to jadę do sklepu po butelki i mleko modyfikowane”. No tak bywało na początkach naszej drogi rodzicielskiej, naszej drogi mlecznej, że ciężko bywało. Męcząco bywało. Bardzo bezsennie bywało. Bywało tak, że ja miałam wrażenie, że z tym Ssakiem naszym własnym pierworodnym to jak z hubą jakąś ja w symbiozie żyję. Że on wciąż na cycach wisi, że wciąż mi je okupuje. Bywało, że zasypiałam gdzie popadnie, i jak się budziłam, to traciłam rachubę, czy ja przed karmieniem jestem, czy już po, a może w trakcie. Raz nawet, jak Smok przyszedł mnie obudzić, że to już pora, to ja tylko kołdrę odsłoniłam, pokazując na bufet powiedziałam, że wszystko fajnie, tylko niechże Fra już ze mnie ściągnie. Dlatego gdy ja po raz kolejny przymarudziłam, że ja to już tak dość mam, i ja nie wiem, jak inne kobiety tą całodobową obsługę przy wydawaniu posiłków ogarniają, to on te flachy i sztuczną paszę zaproponował. Wiadomo, Smok zasobów własnych mlecznych nie posiada, więc radził i pomagał jak mógł.

Kryzys „zaimka wskazującego”. Te które przez to przeszły, znaczy przez ciążę, poród, połóg i codzienne od rana do nocy i od nocy do rana znoje związane z ogarnianiem dziecia, to doskonale wiedzą, że nic, ale to nic (macica i krocze, piersi, a nawet kręgosłup) nie jest tak przez te trudy nadwyrężone i przeciążone jak mózg. Niektórzy nazywają to ciąża syndrom, inni połóg syndrom, jeszcze inni baby brain etc. Fakt jest taki, że z mózgu robi się jakiś kisiel, synapsy nie stykają, logika out, i na co dzień w komunikacji rządzi funkcja fatywana i dużo onomatopeizowania. I mnie to nie ominęło. I jako że wciąż jakoś tak ciężko mi się wysłowić, bo zawsze tak brakuje jakiegoś słowa, to w nadużyciu mam sporo zaimka wskazującego. Za pomocą ten tegoż próbuję Smokowi i reszcie świata obwieścić swoje potrzeby, podać współrzędne przedmiotów, o które proszę, żeby mi dostarczono. Na trop swoich celów najczęściej naprowadzam tak: No wiesz no to, no to to to, no ten, no tam, obok no tego… Dlatego jeśli Smokowaty chce mi solidnie dokuczyć, to prosi mnie, żebym wysławiała się całymi zdaniami. I wtedy to ja nie mam wyjścia, muszę wstać i sama pójść po to , co chciałam. Bo zanim ja się wysłowię, że mnie chodziło o ten talerz, co leży w tej szafce, na tej półce środkowej, to wieki miną całe ten tego.

Kryzys „pozmywałem ci naczynia”. Panie Drogie znacie to? Pozmywał? No pozmywał! Ci pozmywał. Nie sobie, nie dla porządku w domu i pokoju na świecie (wszak wiadomo, że nie pozmywane naczynia mogą rozpętać nie jedną małą wojenkę). Posprzątał? Ano przecież że posprzątał. Ci posprzątał. Nie sobie, nie swoje gacie, nie swoje rupiecie na swoim biureczku. Zakupy zrobił? No ba że zrobił. Ci i tobie zrobił. Bo przecież nie dla siebie, nie dla zapełnienia lodówki, którą później przecież sam będzie opróżniał. Dziecko ci uspał? No zdecydowanie ci i tobie, żebyś dychnąć mogła sobie. I jeszcze parę takich ci wykonał. To ja mu, znaczy ci obiad zrobiłam. A nie pomyłka. To on mi, znaczy ci obiad ugotował. Bo akurat obiad to on mi, mnie, nam gotuje.

Kryzys „no i jeszcze to sobie opisz na blogu”. No skoro prosił, to ma. Napisane!

 

0 likes U Eleganckich # , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
Podziel się: / / /
Szukaj na 5razones

4 hours ago

5razones

Po Waszych reakcjach na widok zdjęć jedzenia zaczęłam się zastanawiać, czy nie zmienić kategorii blogowej z parentingu na kulinaria czy coś. ;)

Bo jak tylko pojawia się jakieś żarcie, to zaraz: rzuć przepisem!

No to rzucam.
Buraczkowe brownie - na zdrowie!

💜🍫💜🍫💜🍫

5razones.pl/buraczkowe-brownie/
... See MoreSee Less

View on Facebook

16 hours ago

5razones

A jak to robicie, że Wasze dzieci chętnie chodzą do lasu? - pytacie. 🌲🍃🌿🍀🌳
A ja odpowiadam, że no właśnie nie zawsze chcą, a jeśli już to wcale nie zawsze super entuzjastycznie.

Czasami są takie dni, kiedy Franek obwieszcza nam: Chcę soboty w piżamie! (i to jest dla nas ok, bo któż by nie chciał czasami takiej soboty, ba całego weekendu). Czasami uda się chłopaków z domu wyciągnąc, ale zanim jeszcze dobrze wejdą w las, to już domagają się powrotu. Tak np. było w trakcie naszego sobotniego marszu po #PuszczaNiepolomicka, kiedy to zrobiliśmy może 2km z tego 1km biegnąc za Frankiem do samochodu (no taki paradoks dziecięcych stóp, że zmęczone żeby chodzić, ale całkiem żwawe do biegania). Bywa i tak jak wczoraj, że zanim zgodzą się ruszyć o choć kilka kroków, to najpierw JEŚĆ! poprosimy o to ciasto czekoladowe! (do waszej wiadomości także z burakiem, to mój popisowy transfer buraka do ciasta 💜🍫), i na takim paliwie mogą gnać dalej.

Także bywa różnie. Ale okazja leśna czyni #lesnedzieci. Dlatego to co możemy z całą pewnością polecić to częstą ekspozycję na #las
... See MoreSee Less

View on Facebook

1 day ago

5razones

U mnie i yoga
I cake.
No i trochę lasu też.

A Wam jak było w ten drugi długi listopadowy weekend?

Rosie Made A Thing
... See MoreSee Less

View on Facebook