Ta Która Wie W kuchni utytłani

Kto nam zabrał podwieczorki?

17 stycznia 2013

Nie pamiętam kiedy, no chyba w przedszkolnym pacholęctwie swym, ostatni raz pałaszowałam podwieczorek. Po prostu podwieczorek. Nie deser. Nie zdrową, pełnoziarnistą przekąskę (jak namawiają reklamy). Nie kawę z ciastkiem (jak kuszą okoliczne kawiarnie). Tylko po prostu podwieczorek. Podwieczorek pod wieczorkiem.

Tęsknota, a właściwie przypomnienie, że taką tęsknotę w sobie noszę, za podwieczorkiem obudził we mnie powrót czytelniczy do Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. Po przebrnięciu przez pierwsze pięć tomów, w trakcie których starłam się na nowo z łakomstwem sióstr Borejko, co i rusz rodzinnie pałaszujących, uświadomiłam sobie boleśnie i z żałosnym burczeniem brzucha, że ktoś lub coś zrobiło nam okropną krzywdę zabierając nam podwieczorki. I nie chodzi mi tu o możliwość pałaszowania różnych frykasów. Bo takich możliwości teraz mamy w bród, do przejedzenia. Tylko o samą celebrację podwieczorka, który był, być może gdzieś jeszcze jest jednym z 5 (słownie: pięciu) posiłków, jakie należało danego dnia pieczołowicie skonsumować. Po obiedzie, a przed kolacją, czyli dokładnie przed wieczorem, pod wieczór.

Tak, celebracji mi brak. Celebracji podwieczorków przy pięknie zastawionym stole, na którym pośrodku wdzięczy się patera, na niej piętrzą się ciasta, lub babeczki, lub ptysie lub…. Obok czai się imbryk i parzy aromatyczną herbatę, kawę lub bawarkę. Do startu podwieczorkowego przygotowane są talerzyki, filiżanki, łyżeczki i widelczyki. Brzdęk, brzdęk… można zaczynać.

Zatem zaczynam mój podwieczorkowy cykl, żeby celebrację podwieczorka światu i sobie przywrócić. Kiedyś z Smokiem zapraszaliśmy do nas na kolację lub obiady, teraz zaczynamy zapraszać na podwieczorki.

Możesz polubić też