5razones.pl

Luty 14, 2018 at 6:25 pm

Mam tak samo jak Ty… wprawki z łaskawości

Mam tak samo jak Ty… wprawki z łaskawości

Żyjemy w okrutnych czasach pięknych obrazków, pięknych wnętrz, i jeszcze piękniejszych, a w tej piękności idealnych mam i najgrzeczniejszych dzieci. Mamy poczucie ścigania z niedoścignionym, wyidealizowanym. I nawet jeśli wiemy, że tamte obrazki to ściema, fałsz i scenografia, to i tak wydaje nam się, że tylko u nas brud, wrzask, pisk, marchewka na podłodze, brokuł na ścianie, nieprzespane noce, nie lubię cię mamo, odrosty na głowie, połamane paznokcie, zawsze pełen zlew, i suszarka na pranie, która na stałe zagościła między kuchnią a salonem. Że tylko nam to życie, a w tym życiu rodzicielstwo, tak jakby nie wychodzi. Że ciągle gonimy własny ogon, wpadamy w zadyszkę, z myślą byle do pierwszej drzemki, byle do wieczora, jak pójdą spać, jak wreszcie zaczną przesypiać noce.

Bardzo często w rozmowach z moimi przyjaciółkami i koleżankami pojawia się pytanie: czy ty też tak masz?
Czy też czasami czujesz się najgorszą z matek? Cy tobie też wyczerpuje się abonament na cierpliwość już o dziewiątej rano, a gdzie tam do siedemnastej i zmiany warty? Czy ciebie także ścigają wyrzuty sumienia, że mogłaś lepiej, spokojniej, więcej? Czy również nosisz w sobie frustrację pomieszaną z bezsilnością, do tego na granicy rozpaczy?

Tak, mam tak samo jak Ty. Success stories to bardzo często nie moja historia.

 

Ja też wieczorem robię bilans zysków i strat

Zasypiając robię sobie rachunek sumienia. Rozpamiętuję cały dzień, rozkładam go na części składowe, na te domowe scenki i dialogi. Analizuję wszystkie potyczki, potknięcia, próby rozmów, ale i nerwy, które miałam trzymać na wodzy, irytację, podniesiony głos, pokrzykiwania. Wypominam sobie momenty słabości, gdy nie starczało spokoju i empatii.
Przy rozliczeniu rzadko bywam dla siebie łaskawa. Bywa, że zasypiam z uczuciem porażki, ogromną potrzebą na rehabilitację rano.

Ja też czuję się niekompetentna, niewystarczająca i mało skuteczna

Zwłaszcza gdy słyszę: nie chcę z tobą rozmawiać, mamo, jestem na ciebie rozłoszczony. Gdy zero współpracy, dzień na nie, nie i jeszcze raz nieeee i bez szans na kompromis czy to w sprawie śniadania, skarpetek, książeczki do przeczytania na dobranoc. Gdy czuję, że znów poległam, gdy nie mam sił, cierpliwości i pomysłów na kreatywne (rozwojowe, edukacyjne) zabawy oraz zbilansowane posiłki.

Jak w takim nieustającym poczuciu porażki, obsesji niedoskonałości i beznadziejności sobie radzić?

Tryb „przetrwania”

Czasami trzeba po prostu sobie odpuścić. Pogodzić się z tym, że właśnie teraz nie musi być idealnie, że nie wszystko codziennie musi się udać. Zwłaszcza na tym pierwszym etapie macierzyństwa, gdy dzieci malutkie. Pamiętam ten czas z noworodkiem i dwulatkiem na pokładzie (pisałam o tym TUTAJ), gdy byłam prawie cały czas w karmieniu, tuleniu, noszeniu, próbując być cały czas w gotowości, żeby odpowiedzieć na potrzeby synków. Teraz z 4 latkiem i niespełna dwulatkiem również rzadko panuje spokój na pokładzie, a już zwłaszcza w chorobie, nudzie i dziecięcym rozżaleniu (bo dzieci całkiem często, tak po prostu też mają gorsze dni).

Plan minimum w trybie przetrwanie włącza mi się już praktycznie sam. I byle przeżyć do wieczora, do końca tygodnia, a przed zaśnięciem zamiast rachunku sumienia zrobić check listę, czy wszyscy przeżyli dniówkę: nakarmieni, przytuleni, zaopiekowani, policzyć główki i wszystkie śpiące już paluszki, samemu sobie przybić piątkę, „odmaszerować”. I zająć się sobą.

Z pustego nawet Matka Smoków nie naleje

Przede wszystkim trzeba sobie polewać i doładowywać się. Regularnie i profilaktycznie. Bo na pustym energetycznie baku daleko nie da się zajechać. Roztrzaska się w emocjach siebie, a jak w takim stanie wspierać i koić dziecięce emocje, jak odpowiadać na ich potrzeby?

Małgorzata Musiał w swojej książce Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny pisze o tym, jak czasami niewiele (choć tak wiele, kto z nas rodziców tego nie przeżył) potrzeba, żeby się rozregulować:

Nierzadko bowiem zdarza się, że nie jestem miła, uśmiechnięta i gotowa do ukojenia – i nie sądzę, żebym musiała zawsze taka być.
Przyczyna nie tkwi w mojej niedoskonałości czy też nieumiejętności rodzicielskiej, tylko – znów – w mózgu. Jeśli od momentu przebudzenia dziecka do pory drugiego śniadania uczestniczyłam w kilku sytuacjach kryzysowych (bo kubeczek był nie w tym kolorze, bluza nie chciała się zapiąć, siostra pierwsza usiadła na huśtawce, brat nie pozwolił pożyczyć komisu, a za oknem deszcz i nici z porannego spaceru), to jestem biochemicznie rozregulowana. Mój mózg nie jest w stanie pocieszać dzieci bez ponoszenia pewnego wydatku energetycznego; po kilku takich momentach jest po prostu wyczerpany. Potrzebuje doładowania. Mało tego – takiego doładowania potrzebuje nie tylko doraźnie, ale regularnie, w ramach profilaktyki.

To doładowywanie, o się dbanie to nie musi być od razu coś wielkiego typu: wyjazd gdzieś do SPA. To może być wyjście raz w tygodniu bez dzieci, do swoich spraw, kosmetyczki, fryzjera, powrót do pasji (u mnie flamenco i pilates). To mogą być drobnostki typu długa kąpiel, fitness twarzy (dobrze robi przed snem), książka, film. Albo po prostu pójście wcześniej spać.

Ważne, żeby bez wyrzutów sumienia łaskawie sobie pozwolić na te przyjemności.

Tryb „łaskawa”

Ten tryb wydaje mi się najtrudniejszy. Wiem, bo sama bardzo dużo od siebie wymagam, rzadko czuję się dość dobra, bo przecież mogłam lepiej, więcej, mogłam dać z siebie więcej.

My kobiety mamy jakoś wgrane poczucie, że to od naszej postawy i organizacji zależy harmonia i spokój domu, związku oraz dzieci. Niektóre z nas były po prostu tak wychowywane, trenowane do perfekcji, a nawet jeśli nie, to ulegamy presji dążenia do ideału:

Kiedy słyszę matki używające wobec siebie samych określeń typu: Jestem beznadziejną matką, to wiem, że jest to pokłosie wychowania warunkowego. Wychowania, w myśl którego nie jesteśmy dobrzy tacy, jacy jesteśmy, z naszymi słabościami, ograniczeniami, gorszymi momentami – tylko wciąż musimy dążyć do perfekcyjnej wersji nas samych, biczując się za każde niepowodzenie.
(Małgorzata Musiał, Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny, s. 162)

Bierzemy na siebie całą odpowiedzialność, i z nikim nawet z partnerem nie chcemy się nią podzielić. A przecież to jak hula dom, związek, dzieci zależy od wszystkich członków rodziny. Porażką, konsekwencjami niepowodzeń też niechętnie się dzielimy, surowo siebie za nie rozliczając.

Nie tędy droga.

Odpuszczenie i pozwolenie sobie na słabości, potknięcia, trudności to będzie pierwszy krok. Drugim będzie scedowanie części odpowiedzialności na partnera. Trzeci: to przypomnienie, że nasze emocje, nastroje oraz potrzeby są tak samo ważne, to podstawa.

I jeśli do czegoś powinnyśmy dążyć i w czymś się ćwiczyć to w łaskawości i dobroduszności dla samych siebie.
Trudny to trening. Ale efekty są niezwykle wyzwalające i wzmacniające.

 

0 likes Ta Która Wie # , , , , ,
Podziel się: / / /
Szukaj na 5razones

10 hours ago

5razones

Najdziwniejsza przekąska o jaką poprosiło Wasze dziecko to....?
.
.
.
.
.
.
.
.
... bo Tadeusz właśnie zgarnął mi z talerza dwa plasterki cebuli, i powiedział: pyśne!

#teamcebula
... See MoreSee Less

View on Facebook

1 day ago

5razones

Czy Wasze dzieci w sezonie letnim też są napędzane, a właściwie nadziewane owocami? :)

Zaczynamy poranki owsianką z truskawkami i/lub borówkami.

Na drugie śniadanie do przedszkola Franio najczęściej życzy sobie kanapkę z truskawkami. I kubeczek owoców (tu mix truskawkowo-malinowo-czereśniowy).

Na obiad Tadzinek pożera mix talerz owoców.

A na podwieczorek i kolację domagają się koktajli. Albo pierogów. (no właśnie jutro będą grane)

No pycha!!! Lato trwaj sobie pysznie! 🍓🍒🍓🍒🍓🍒🍓🍒🍓🍒🍓

www.instagram.com/p/BkSrp7TFMjt/?taken-by=5razones_by_pau_elegancka
... See MoreSee Less

View on Facebook