Styczeń 26, 2015 at 10:44 pm

Mój #lepszy poród

Mój #lepszy poród

Moja położna na pierwszym naszym spotkaniu powiedziała mi, że każda kobieta nosi w sobie potencjał, żeby pięknie urodzić. Uwierzyłam jej. To zdanie nosiłam w sobie, i powtarzałam, zaklinałam do dnia, kiedy Franisław postanowił niespodziewanie wydostać się na ten świat. Ten dzień przyniósł mi nie tylko Syna, ale i moc mocy.

Wydostanie było nagłe. Nikt ani mój ginekolog ani położna tego nie przewidzieli. Obydwoje obstawiali, że nie ma mowy, żeby akcja porodowa ruszyła jeszcze w styczniu, że jeszcze mamy czas. Zatem na spokojnie i ja dałam sobie czas. Na sprzątanie, na prasowanie, i na pakowanie torby do szpitala. W ten ostatni dzień przed porodem całą mnie i całe moje ciało ogarnął letarg, senność, błogość. Wtedy nie wiedziałam, że po prostu wspólnie szykujemy się do niezłego wyzwania.
Pamiętam jak dziś, wybiła północ, odłożyłam książkę (sięgnęłam po nią, do przerwanej lektury później dopiero za około dwa miesiące), zgasiłam lampkę. Obróciłam się na bok, wtuliłam się w cebuszkę przez którą przerzuciłam rękę, i nogę, żeby choć tak móc nawiązać kontakt cielesny z kochanym mym Smokiem. I już myślałam, że zasypiam, gdy poczułam skurcz, i jeden i drugi i trzeci. Pomyślałam sobie, acha, pewnie to skurcze przepowiadające, nie ma co się stresować. Ale potem nastąpiła seria skurczy. Zapamiętawszy co mówiły położone w szkole rodzenia, ruszyłam do kuchni, żeby przygotować sobie melisy. Wracałam do sypialni już z zegarkiem w ręce, obserwując i licząc co ile nadchodzi kolejna fala skurczy. Najpierw co 10 minut. Wypiłam herbatę, a kolejny przypływ przyszedł już za 9 minut. To czas na prysznic ciepły – powiedziałam do siebie i poczłapałam do łazienki. Jeśli po prysznicu i melisie skurcze się nie wyciszą, to czas się pakować. Prysznic i kolejna melisa nie uspokoiły skurczy. Obudziłam Smoka, mówiąc: szykuj się kochany, bo Franisław się zbliża. Byliśmy podekscytowani, ale w tym podekscytowaniu i bardzo spokojni. Procedurę, jak się zachować gdy poród ruszy mieliśmy opanowaną i przećwiczoną. Pamiętaliśmy ze szkoły rodzenia, że nie ma co przy pierwszych skurczach gnać do szpitala, że lepiej zaczekać dłużej w domu. Odpocząć, spróbować jeśli jest taka możliwość zasnąć. I tak do około czwartej pomiędzy skurczami udawało mi się drzemać, kontrolując, co ile się pojawiają. Gdy o czwartej nie zdążyłam do łazienki, i zwymiotowałam pod komodą w sypialni, wiedziałam, że nie ma co, czas wstawać, pakować się i zbierać do szpitala. I tak czas pomiędzy kolejnymi skurczami zajmowało mi wkładanie i układanie w torbie rzeczy moich i Fra, po uprzednim wyciąganiu z tychże toreb asystujących mi w pakowaniu kotów. Wiadomo, gdzie walizki, tam i koty. Gdy przychodził skurcz mój dzielny Smok masował mi krzyże termoforem z pestkami wiśni. Gdy wyłam i sapałam z bólu, moje kotki (przyznaję było w tym coś niesamowicie instynktownego) wyły, miauczały razem ze mną. Moje kocie akuszerki. Po drodze biorę chyba jeszcze z trzy prysznice, woda i ciepło koją napięcie najlepiej. O szóstej dzwonię do mojej położnej, na szczęście od razu odbiera i mówię: To już! I tu okazuje się, że Ania nie może mi towarzyszyć, bo zatrzymują ją sprawy rodzinne. Na moment wpadam w panikę, bo jak to? Razem przez ostatnie dwa tygodnie przygotowywałyśmy się do tego dnia, znała mój plan porodu, że nie chcę znieczulenia, że poród wertykalny na krzesełku, i z ochroną krocza, no chyba, żeby widziała, że coś się dzieje, że nie chcę żadnych interwencji medycznych, że chcę porodu aktywnego z całym arsenałem akcesoriów typu piłka, drabinki etc, i teraz co?! Uspokaja mnie, podaje numer do swojej koleżanki, która właśnie zaczyna dyżur. Dzwonię do niej. I godzinę później po tym jak mi się już maksymalnie nasiliły skurcze, wsiadamy do samochodu i gnamy do szpitala. W samochodzie odchodzą mi wody. Smok, żeby mnie rozśmieszyć, żartuje, że całe szczęście, że mamy skórzaną tapicerkę, więc sprzątanie tego wodnego bajzlu nie powinno być problemem. Przebijając się przez korek w końcu docieramy do szpitala. Szybko zostaję przyjęta, wchodzimy na salę porodową. Poznaję Jolę, moją położną, a Jola poznaje moje rozwarcie. Dziewięć centymetrów. No widzisz Smoczku – sapolę do niego – a tak ty się bałeś kryzysu 6/7 centymetra. Podpinają mnie do KTG, odpukać z Fra wszystko w porządku. Jola wrzuca mnie na piłkę pod prysznic, żebym sobie poskakała, żeby ułatwić małemu wejście w kanał rodny. Skaczę i płaczę. Błagam, zabierz mnie stąd, nie dam rady – krzyczę do Smoka. Dokonuję aktu przemocy domowej, przez przypadek gryząc go w rękę, kiedy przychodzi skurcz, który mam wrażenie rozrywa mnie od środka. Wychodzę spod prysznica. Jola prosi, żebym kucnęła, i na skurczach parła. Przy tym kucaniu, dziękuję sama sobie, że przez całą ciążę ja na tańce flamencowe chodziłam, i ten pilates uprawiałam, bo nie wiem, jak bez tego bym wytrzymała fizycznie. Robię co mi Jola każe, a ona woła: no wychodź malutka, wychodź!. Jaka malutka, to chłopak będzie! – wołam do niej. No niechże mi jeszcze chłopaka, w dziewczynkę zamieni tym nawoływaniem. Jola proponuje, że da mi gaz rozweselający. Jest mi już wszystko jedno. Przynosi. Zaciągam się raz i drugi. Czy jest ci coś weselej kochana? – chce wiedzieć Smok. Noż qrwa nie jest mi teraz do śmiechu – spoglądam na niego, a mój wzrok chyba zabija. Jedynym plusem gazu i maseczki jest to, że udaje mi się wyrównać i uspokoić oddech. Skurcze słabną, możemy zaczekać, aż się znów nasilą, ale to może potrwać; albo możemy ci podać dosłownie odrobinę oksytocyny, zgadzasz się? – pyta Jola. Zgadzam się, czuję, że to już blisko. Zakładają mi welfron, oksytocyna kapie i robi swoje. Skurcze wracają. Ja znowu kucanie i pchanie. Moment przełomowy, który na zawsze zapamiętam to ten, kiedy Jola bierze moją dłoń, i kładzie na moim kroczu, gdzie już czuć było główkę Fra. Pierwszy dotyk i moje trzysta procent mobilizacji. Przenosimy się na krzesełko, Smok za moim plecami. Jola krzyczy: przyj – stop – przyj – stop… Nie wiem nawet po której komendzie Franisław, Syn, Najprawdziwszy, Mój ląduje w moich ramionach. Kładą mi go na klatce piersiowej, a ja jedyne co jestem wstanie wtedy z siebie wydusić to: czy to na pewno chłopczyk?, czy ktoś widział siusiaka? Tak, tak! Jest siusiak– zapewniają wszyscy i Jola, i lekarz ginekolog i neonatolog, i Smok, który na sam koniec przecina pępowinę.
A potem leżymy sobie razem. Ja i On. Taki malutki, taki piękny. Tak bardzo Mój, Nasz. Jola pomaga mi go dostawić do piersi. Ogarnia temat wspaniale, czuć że to cyckowy zawodowiec. I leżymy i wpatrujemy się w siebie.
Od tego dnia minął rok, dokładnie rok. Rok, a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że ten cud był, jest moim udziałem.

Historia mojego porodu zaczyna się na długo przed tym nagłym wyjściem, na długo zanim w ogóle zaszłam w ciążę. Zaczyna się w dniu, w którym pewna osoba opowiedziała mi o swoim porodzie. Jak się do niego przygotowywała i gdzie (wspaniała szkoła rodzenia KOALA, polecam każdemu, kto jest z Krakowa), gdzie rodziła, jak przebiegł sam poród, jakie wsparcie dostała od personelu medycznego, i jaka siła w niej się rozbudziła w dniu, kiedy została matką. Natchnęła mnie swoją opowieścią, dzięki której udało mi się – tak mi się wydaje – tak przygotować do swojego lepszego, najlepszego porodu.
I czuję, i potrzebuję tę opowieść – mimo że taka najbardziej moja, że taka intymna – przekazać dalej, opowiedzieć ją Wam. Wam przyszłe matki i przyszli ojcowie. Wam matki i ojcowie, którzy macie za sobą już poród, który nie był najlepszy, który was wystraszył, zablokował, także aż myśl o kolejnej ciąży i porodzie, paraliżuje. Wszystkim Wam opowiadam moją, naszą historię, żebyście mogli odkryć swój potencjał, i żebyście uwierzyli, że dobry, lepszy, najlepszy poród może przydarzyć się Wam i Waszym dzieciom.

0 likes Ta Która Wie , U Eleganckich # , , , , , , , ,
Podziel się: / / /
Szukaj na 5razones

3 days ago

5razones

Wciąż jestem na fali Tadzinkowych okołourodzinowych wspominek. I przypominam sobie wszystkie moje przypadki ciążowe.
Część z nich nawet opisałam, a Smok narysował.

Też tak macie, w sensie, że wspominacie sobie swoje ciąże, i to zaokrąglanie się, przepoczwarzanie? Co Wam najbardziej ciążyło, a co Was najbardziej zaskoczyło?

<3
... See MoreSee Less

View on Facebook

5 days ago

5razones

Jak pisałam wczoraj, nasz najmilejszy z chłopczyków jest teraz w bardzo wrażliwym okresie
(kto nie czytał nowego postu, to zapraszam: 5razones.pl/trzysta-krokow/). Z racji czego dość często się złości, potrafi się szybko i bardzo zdecydowanie zapętlić w swoim nie i nie dla świata, i w tym wydaniu jako Tadżilla wymierza też razy temu światu.

I tak czasami dostaje się i nam, oraz starszemu bratu.

Szczęśliwie, rozumie, że tak nie można i nie wolno, za swoje zachowanie potrafi też żałować, a nawet przepraszać:

- Fjaniu plasam!

- Teraz Ci nie wybaczam - odpowiada starszy, i zraniony brat.
...ale przyjdź za pięć minut.

Zdjęcie: Rej-Brodowska Photolifestyle
... See MoreSee Less

View on Facebook