Luty 15, 2013 at 5:51 pm

Na co komu slow food

Na co komu slow food

W drugi dzień świąt bożonarodzeniowych, kiedy to wreszcie udało nam się odejść od pełnych stołów, zasiedliśmy przy stole towarzyskim, w towarzystwie znajomych stolicowych, dawno nie widzianych. Rozmowa się rozkręcała, piwo i winko leniwie sączyło, żołądki – wspomnienie ostatnich wieczerzy – mogły w końcu bez pośpiechu dotrawić. Nie wiadomo, jak i kiedy rozmowa zeszła na ideę tzw. „slow food’u” (należy wymawiać odpowiednio empatycznie i leniwie „sloooooł fuuudu”). Zadawaliśmy sobie pytania skąd ten slow food?, na co on komu potrzebny?, kto o nim, za nim marzy? Odpowiedzi pierwsza udzieliła moja przyjaciółka, z serca Krakuska, z wyboru racjonalnego i życiowego, mieszkanka stolicy, prywatnie ogromna fanka ekologii, ekożywienia, ekoprania, eko… w ogóle. Swołoczy, tak do niej z miłością się zwracam, rozpędzona ostatnio karierowo-zawodowo, wyraziła opinię, że slow food to marzenie, miastowych, a właściwie wielkomiastowych, pracowników jeszcze większych korporacji, konsumujących w pośpiechu to, co im to miasto w pośpiechu jest wstanie ugotować i dostarczyć do ich szklanych biurowców, bo sami przecież spędzają w tychże biurowcach, albo w drodze do lub z nich, całe boże dnie, wieczory i ranki, że czasu brak, żeby samemu  sobie dostarczyć strawne jedzenie. A co miasto może zaoferować strudzonym, to najczęściej kanapki od Pana Kanapki, kebaby z wieprzowiną podszywającą się pod baraninę, suszi szuszi dla tych modnych i fusion,  w pełni zbilansowane posiłki zamknięte w tekturowych pudełkach, dla tych którzy chcą mieć choć namiastkę poczucia, że swojemu organizmowi dostarczają, tego co tenże organizm potrzebuje, o odpowiedniej ilości kalorii, wartości odżywczych, i co najważniejsze 5 razy dziennie. I ta ostatnie forma żywienia jakie dostarczyć może miasto, jest najbliższa realizacji idei slow food’u, czyli tłumacząc bardzo bezpośrednio „wolnego, zdrowego żywienia”.  Ale, ale, czy aby na pewno?
Swołoczy kontynuowała, że za slow food, to idą dalej, szerzej, to także slow life, czyli wolne, bez pośpiechu i beztroskie życie. I do takiegoż marzą właśnie zniewoleni korporatowicze. Jakże to miałoby wyglądać, to wolne życie? Ano na posiadaniu gospodarstwa własnego, gdzieś daleko od miasta, najlepiej gdzieś w głuszy, blisko lasu, natury w ogóle; koniecznie z kozą, co daje najzdrowsze mleko, z kurką co daje codziennie jajeczka, o żółciutkich żółtaczkach, a którą jak przyjdzie jej kres będzie można przerobić na rosół. Nie pamiętam czy wymieniliśmy też inne standardowe zwierzyny na uposażeniu standardowych gospodarstw, czyli krówki, świnki. Na pewno marzyliśmy – nagle wszyscy na raz – o własnym ogródku, który dostarczałby nam własnych warzyw i ziół, które codziennie rano byśmy byli zbierali i sielankowo krajali do śniadań, jak widzieliśmy w niejednej reklamie produkowanych masowo twarożków.  I po takim rozmarzeniu spadliśmy z hukiem na ziemię, bo chyba do każdego dotarło, że prowadzenie takiegoż gospodarstwa z pełnym zwierzęcym i polnym i warzywnym asortymentem, to musi być nie lada wyzwanie. Żeby nie powiedzieć, na start wyzwanie finansowe, aby sobie najprzód samo gospodarstwo sfinansować, a później wszystkich komponentów do tegoż gospodarstwa dostarczyć. I tak doszliśmy – nie bez małych sforów i waśni – do hipotezy/tezy, że slow food, to marzenie dla tych, których na to stać.

A przecież są tacy, którzy żyją slow food’owo, nie dlatego że chcą, że tak sobie marzenie utopijne ziścili, tylko że tak mniej lub bardziej świadomie wybrali, albo po prostu w takich slow food’owych okolicznościach się urodzili i tak – nie widząc nawet o tym fakcie – slow food’owo żyją. Żyją pracą swoich rąk. Na ten przykład moja teściowa. Z jej kilku grządek na jesień nie wiadomo skąd i jak zapełnia się cała spiżarnia wspaniałościami słoiczkowymi handmadowymi. Z której to spiżarni czerpiemy całą długą i mroźną zimę frykasy w postaci: kandyzowanej dyni, soków porzeczkowych i malinowych, cukinii w zalewie chilli, papryczek i ogórków na słodko, kwaśno i ostro, dżemów i konfitur wszelakich, grzybków suszonych i marynowanych, chrupiące i smakujące zdrowiem i karotenem marchewki. Grządki teściowej karmią ją i nas właściwie cały rok. I ona z trudem o te grządki dba, plewi je, nawozi, chucha i dmucha na nie i załamuje ręce, jak słońce czasami za mocno je pali, albo z kolei gdy deszcze za mocno je sobą okrasza. Wątpię by w tych chwilach sadzenia, plewienia, nawożenia, a potem zbiorów i domowego przetwarzania i zamykania skarbów pracy swej, pieczołowicie i żmudnie w słoiczki, żeby w tych chwilach myślała, że jest slow food. Takoż samo zapewne nie myślał o sobie samym mój świętej pamięci już dziadek, który jak przywołuję wspomnienia wakacyjnych czasów u niego w domu, posiadał okazałą i wspaniałą szklarnię, swoją oazę. Ze szklarni pochodziły najwspanialsze i najaromatyczniejsze pomidory, jakie kiedykolwiek w życiu jadłam, ich smak i zapach tropię od tego czasu na wszystkich straganach, i nie ma, nie ma  takich nigdzie. Te pomidory pachniały i smakowały słońcem, latem. Dziadkowe ręce z tychże pomidorów wyczarowywały także najpyszniejszą i najprostszą pomidorówkę. I jej ciężko by mi było szukać, lub samej próbować taką przetrzeć ze świeżych pomidorów. Nie masz, nie masz już takich smaków.
Słowem slow food pycha sobie nie wyciera także wujostwo mojego Smoka, a i ich spiżarnia jest pełna cudów i smaków zrobionych ich własnymi ręcami, w większości z ich własnych zbiorów działkowych, grządkowych, krzaczkowych, w tym nasze ulubione wina, wineczka i naleweczki. To od nich dostaliśmy też zakwas do wypiekania własnego chleba, dzięki czemu od ponad sześciu miesięcy raz w tygodniu bawimy się w piekarzy.

Czymże jest slow food, i komu jest potrzebny? Internet podpowiada, że slow food to „ruch, który został zapoczątkowany we Włoszech, a obecnie ma swoje przedstawicielstwa na całym świecie. Głównym jego założeniem jest celebrowanie i pielęgnowanie smaku potraw oraz promowanie regionalnej naturalnej żywności. Stawia on również opór żywności typu fast food, która stanowi zagrożenie dla dobrego prawdziwego smaku dań i produktów spożywczych.” (Czytaj wiecej).

Zatem ideowo – tak w skrócie – chodzi o ochronę smaku. A życiowo? Myślę, że o to samo. O prawo do prawdziwego smaku. Nie przetworzonego, nie ubzdyczonego konserwantami, i innymi ulepszaczami. I wierzę, że tęsknić za tym smakiem może każdy. I za życiem, które w pełni i na co dzień by te smaki dostarczało, bez pośpiechu. Czy to będzie własne gospodarstwo, własna grządka, czy może tylko doniczka z ziołami na parapecie, albo słoik powideł zakupiony w markecie na dziale Eko…, każdy ma taki slow food na jaki go stać. Ważne, żeby dobrze i prawdziwie smakował.

0 likes Ta Która Wie # , , , , ,
Podziel się: / / /
Szukaj na 5razones

2 days ago

5razones

My wciąż w trybie bardzo wakacyjnym i obowiązkowo na bosaka. 👣👣👣👣
Ale ja mam już szkice do nowych postów, i tu pytanie do Was: o czym najpierw chcecie przeczytać? 🤔

👣⛺
... See MoreSee Less

View on Facebook

3 days ago

5razones

Zanim popełnię dla Was jakiś nowy tekst, przypomnę taki z przed kilku (dokładnie trzech) lat, który niedawno szczęśliwie przypomniał mi sam Facebook.

Szczęśliwie, bo czasami sama lubię i potrzebuję wracać do swoich tekstów.

Rzecz o szczęściu. Codziennym. Z cytatami z Zadie Smith:
"Moim lekarstwem na wszelkie żale, frustracje i wątpliwości jest po prostu robienie. W moim przypadku to odbywa się poprzez pisanie, ale też przez wykonywanie codziennych, realnych rzeczy dla realnych osób – gotowanie, ubieranie dzieci do szkoły, naprawienie czegoś. Może to nie jest seksowne credo życiowe, ale to prawda. Szczęście to wykonywanie potrzebnej pracy i patrzenie na jej efekt."

<3

5razones.pl/koncept-szczescie/

Zdjęcie: Rej-Brodowska Photolifestyle
... See MoreSee Less

View on Facebook