Czerwiec 18, 2015 at 12:39 pm

O tym jak wychować pełnoprawnego obywatela stołu

O tym jak wychować pełnoprawnego obywatela stołu

W oparach okruchów, przy usmarowanym stole, piszę do Was moi drodzy czytelnicy. W oddali koty radośnie hasają, podrzucając sobie obeschnięta skórkę jabłka, niczym zeschniętą myszkę, a może to jednak kawałki makaronu, lękam się sprawdzać. Stopy mam wyłożone na krześle przed sobą. Drżę na samą myśl, że musiałabym jedną z nich opuścić na podłogę. Znając moje szczęście wdepła by ona w zeschnięty twarożek Bieluch, ewentualnie w tą pomidorową maziaję, co to od obiadu się czai pod stołem. No syf, syf jak cholera myślicie sobie, a miało być tak elegancko. A wiecie co jest najlepsze? Że ja ten syf to na własne zamówienie mam. Sama, samiuteńka żem to sobie uczyniła. Ale zacznijmy od początku.

Kiedyś tam dawno temu będą w odwiedzinach u mojej Słowiańskiej Sis zapatrzyłam się na jej syna, który przy stole cudował. Smacznie cudował. Tworzył takie smakowe kombinacje, że szok: chlebek, na to serek, dżemik , trochę jogurtu, a może i więcej jogurtu, i całość zalać soczkiem i herbatą. I jak On w tym talerzu sobie przepysznie mieszał, i paciał, i chlapał, a potem to wszystko pożerał. Zapatrzona w niego pomyślałam sobie, że bardzo bym chciała memu jeszcze wtedy nienarodzonemu dziecku dać taką swobodę twórczą, estetyczną i smakową przy stole.

Niedługo było mi czekać, jak przyszło nam z Fra zasiąść do posiłku. O naszych BLW doświadczeniach już kilka razy pytałam, zapraszam tu i tu. Teraz trochę więcej Wam poopowiadam, bo z perspektywy czasu, widzę, że to dobra droga była, a syf, brud i paprochy… no bez tego podobno nie ma szczęśliwego dzieciństwa.

 

Po pierwsze eksperyment
Nie trzeba być żadnym Modestem Amaro, ani innym Top Chefem, żeby wiedzieć, że kuchnia to najlepsze laboratorium i przestrzeń do eksperymentów. Swoją drogę ku niezależności konsumenckiej dziecko Ssak zyskuje na drodze właśnie kolejnych gier, zabaw i doświadczeń za pomocą dostępnych mu narzędzi. Te narzędzia to jego dłonie, paluszki, usta, język, policzki, nos, czoło, włosy. Wszystkie one potrafią uczestniczyć przy pierwszych próbach obróbki tzw. stałego posiłku. Ilość metod i kombinacji, jakie mogą się zadarzyć przy jednym posiłku jest naprawdę nieskończona. Trzymanie, podnoszenie, gniecenie, wcieranie, uklepywanie, rzucanie, podrzucanie i pacanie, rozsmarowywanie, ciamkanie, i tak bez końca. Każda nowa materia, czy to surowa, ugotowana, upieczona, chrupka, ciągnąca się, sypka, kleista, lepka, ciepła, chłodna, oleista musi być poddana testom, obserwacjom, próbom wszelakim. Kolejne smaki i zapachy muszą być zweryfikowane przez receptory znajdujące się i w nosie, i na języku, i na policzkach też. Co leży, i można podnieść, trzeba sprawdzić, jak leci, spada, i nasłuchiwać trzeba z jakim dźwiękiem i łomotem dokonuje swego żywota na podłodze, ścianie, twarzy współtowarzysza biesiady.
W ramach anegdoty opowiem Wam jeszcze, jak raz mając ciśnienie, że mój Fra to się już ze mną nudzi, wybrałam się z nim na takie plastyczno-kreatywne zajęcia dla dzieci. I tam Pani animatorka dała dzieciom do zabawy klej i skrawki papieru, żeby sobie je poprzyklejały do kartonu, i jak to powiedziała podoświadczały tego co klejące. Potem była zabawa piaskiem kinetycznym, żeby z kolei doświadczyć tego co sypkie. Po 15 minutach zajęć uświadomiłam sobie, że nie potrzebnie wydałam pięć dych na te zajęcia, bo Lord Fra codziennie przy śniadaniu babrając się w jaglance doświadcza tego co kleiste i sypkie.
Zbrodnią byłoby takich eksperymentów zabraniać!

Rączka czy łyżeczka
Oczywiście, że rączka. Bo to rączki od dnia narodzin jako pierwsze pchają się do eksploracji świata: dotykania, głaskania, chwytania. I przy stole sam na sam z marchewką albo kaszką najlepiej i najpyszniej się łapki sprawują. A bo to przecież najpierw można paluchem podłubać w kaszowych odmętach albo sprawdzić miękkość brokuła lub marchewki. A potem można łapać i chwytać i w paszczę próbować celować.
Nic tak rączki i zwinnych paluszków nie trenuje, jak nauka samodzielnego jedzenia. Nic tak też nie smakuje jak wyłapane rączkami i paluszkami, uchwycone, porwane i wcześniej stłamszone kawałki jakiegokolwiek jedzenia. Wszystko wtedy smakuje, wszystko.
Ale żeby nie było, to i łóżeczkowe próby warto  podejmować. Nasz Jaśnie Panujący Lord Fra od samego początku lubił łyżeczką kaszkę poranną pożerać, na łyżeczkę mu się ładowało kaszową strawę, on porywał łyżeczkę do rączki a potem siup do buzi. Ale jak to się mówi łyżeczka przestała być jego faworytką, na rzecz nabierających wprawy operacyjnej rączek. Dziś swoje posiłki ogarnia na zmianę a to rączką, a to łyżeczką, a to porwaną mi łyżką lub widelcem.
Niedawno się okazało, że świetnie można też konsumować poprzez kontakt twarz w miseczce lub język z polikami na talerzu. I jak się tak je i delektuje całą powierzchnią swego ciała, to wszystko, ale to wszystko musi wybornie smakować.

Bobas lubi wybór, a matka sprzątanie
Nie ma wojny bez strat, to samo się tyczy zabawy, nawet tej najlepszej. A początki wiadomo, bywają trudne. Pisałam o tym tutaj. Jak sobie teraz wspomnę te czasy, kiedy to musiałam prawie 4 razy dziennie padać na kolana, i ścierać, wycierać, skrobać, zmywać albo szukać po dywanie resztek porzuconych w trakcie treningowych wystrzałów. W trakcie tych moich padnij i powstań podłogowych aktywności, to sobie nawet co nie poćwiczyłam. Opracowywałam techniki zabezpieczenia przestrzeni w strefie kulinarnych eksperymentów Lorda Fra, jak podkładki, maty pod fotelik. Jego samego ubezpieczałam śliniakami w postaci fartuszków, w których wyglądał jak śpiewak gospel. Koty do drugiego pokoju wyganiałam, żeby swoim łaszeniem i spojrzeniem typu: człowieku podziel się posiłkiem, nie zachęcały Lorda do rzucania im strawy na podłogę. Czasami to myślałam sobie, no Ty głupia babo na Ci to było? Przecież mogłabyś siedzieć przy dziecku jak człowiek, łyżeczką jak samolotem kręcić mu piruety przed nosem wołając: a jeszcze za dziadka, a jeszcze za babcię; i bródkę i usteczka mu na bieżąco wycierać, żeby się nie ufleił i utytłał cały. No mogłam. Mogłam.
Ale na pociechę sobie i Wam powiem, że nie masz większej radości, jak widok własnego szczęśliwie babrającego się i smakującego jedzenie dziecka. Które potem całe, ale to absolutnie całe rozkosznie pachnie tymi łakociami. A potem nagle przychodzi ten dzień, kiedy najedzone, zbiera resztki okruszków i paproszków na swój talerzyk, przesuwa go w twoją stronę, otrzepuje rączki, kiwa główką i mamrocze po swojemu: uje, co należy tłumaczyć: dziękuję, pojadłem już sobie.

Tych opowieści stołowych mam jeszcze dla Was kilka. Myślałam, że uwinę się w jednym poście, ale się nie udało. Zatem spodziewajcie się kolejnych części.
W oczekiwaniu na nie, zróbcie sobie trochę kulinarnych przyjemności. I koniecznie pożryjcie je łapami!

0 likes Niezbędnik: ciąża i pierwszy rok z życia Ssaka # , , , , ,
Podziel się: / / /
Szukaj na 5razones

2 days ago

5razones

My wciąż w trybie bardzo wakacyjnym i obowiązkowo na bosaka. 👣👣👣👣
Ale ja mam już szkice do nowych postów, i tu pytanie do Was: o czym najpierw chcecie przeczytać? 🤔

👣⛺
... See MoreSee Less

View on Facebook

3 days ago

5razones

Zanim popełnię dla Was jakiś nowy tekst, przypomnę taki z przed kilku (dokładnie trzech) lat, który niedawno szczęśliwie przypomniał mi sam Facebook.

Szczęśliwie, bo czasami sama lubię i potrzebuję wracać do swoich tekstów.

Rzecz o szczęściu. Codziennym. Z cytatami z Zadie Smith:
"Moim lekarstwem na wszelkie żale, frustracje i wątpliwości jest po prostu robienie. W moim przypadku to odbywa się poprzez pisanie, ale też przez wykonywanie codziennych, realnych rzeczy dla realnych osób – gotowanie, ubieranie dzieci do szkoły, naprawienie czegoś. Może to nie jest seksowne credo życiowe, ale to prawda. Szczęście to wykonywanie potrzebnej pracy i patrzenie na jej efekt."

<3

5razones.pl/koncept-szczescie/

Zdjęcie: Rej-Brodowska Photolifestyle
... See MoreSee Less

View on Facebook