Dancing shoes

Twój partner Mantón

19 stycznia 2015
Mantón

Nie spotkałam jeszcze swojego. Takiego tylko dla siebie. Stworzonego tylko dla mnie. Może gdzieś już mnie wyczekuje. Wdzięczy się do jakichś Panien na ulicach Sewilli lub Granady albo nieśmiało kurzy się na półce sklepowej. A tak chciałby już potańczyć. A tak chciałby już na ramionach mych ciepło poleżeć, lub frywolnie pokręcić vueltas będąc w przestworzach.
Mantón.
Już raz byłam blisko. Już wydawało mi się, że to ten, tak właśnie ten. Kolor, rozmiar, zdobienia, hafty, wszystko idealne. Wisiał na witrynie w sklepie na jednej z bocznych uliczek dzielnicy Macarena w Sewilli i kusił intensywnym kolorem fuksji, który perfekcyjnie współgrał z kolorem nowych butów. Ale pech, złośliwy los, fatum czy po prostu lenistwo Pani ekspedientki sprawiły, że nie wpadliśmy sobie ostatecznie w ramiona.
Raz na czas, gdy okazja warsztatowa sprzyja, zmuszona zatem jestem wypożyczyć mantonowego partnera. Dzwonię wtedy do mojej Madre Wandy i mówię: Słuchaj, czy Twój mantón nie chciałby nauczyć się czegoś nowego? I porywam jej czarno-białego towarzysza w tany. Z miejsca i widać i czuć, żeśmy sobie obcy. Że tylko wypożyczeni sobie nawzajem. Że to związek nie z miłości, ani nawet nie z czułości, tylko z rozsądku.
A o czułość w tańcu i partnerowaniu, zwłaszcza z mantonem chodzi. Tak nas ostatnio na warsztatach nauczała Eliza „La Morá”.
Czułość, ważność i uważność. Mantón jak prawdziwy partner. Jest blisko, ale może też i się oddalić. Towarzyszy nam. A my podążamy za nim spojrzeniem, krokiem, obrotem. Otula nas, ochrania, opatula. Możemy go mieć blisko w swoich dłoniach, w lub na swoich ramionach. By chwilę później go porzucić. A potem znów porwać. I znów porzucić, i znów pochwycić.
Romansować z nim można. Rozpalać, rozkręcać, rozhulać. Materii jego musimy się nauczyć. Gdzie jeden róg, gdzie drugi, gdzie krawędź, gdzie się kończą, a gdzie rozpoczynają frędzle, i ile siły musimy włożyć, żeby go podrzucić, i rozpędzić. I ile czułości z siebie dać musimy, żeby nadać mu ważności.

Ach mój czarno-biały towarzyszu, nie było nam znowu aż tak źle kochany. Trochu się pelętałeś między nogami. A i ja czułością nie grzeszyłam, niefrasobliwie próbując cię okiełznać. Pomiotaliśmy się, poszamotali. Ale od czego są takie taneczne, liryczne spotkania.

Mantón

Możesz polubić też